Że w przyszłym roku się przeczyta:
Michael Herr, Depesze
John Irving, Hotel New Hampshire
Kate Brown, Plutopia
Peter Wohlleben, Sekretne życie drzew
Joanna Bator, Rok królika
Stanisław Lem, Eden
Robert J. Szmidt, Ucieczka z raju
Dmitry Glukhovsky, Metro 2033
Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie
Virginia Woolf, Eseje wybrane
Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki T1
Anna Wieczorkiewicz, Monstruarium
Groza i Horror:
Andrew Pyper, Demonolog
Wojciech Gunia, Nie ma wędrowca
Stephen King, Bazar złych snów
Wilkie Collins, Nawiedzony hotel
Paul Tramblay, Głowa pełna duchów
Dan Simmons, Terror
Piotr Borowiec, Wszystkie białe damy
Joe Hill, NOS4A2
Peter Straub, Upiorna opowieść
A pomiędzy tytmi tytułami zapewne znajdzie się dużo kryminałów, fantastyki i sf, mam nadzieję na jakiś dramat i coś z poezji. I oczywiście komiksy!
sobota, 31 grudnia 2016
niedziela, 25 grudnia 2016
Na Nowy Rok
Przykazania Leszka Kołakowskiego:
Po pierwsze przyjaciele.
A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.
Po pierwsze przyjaciele.
A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.
wtorek, 22 listopada 2016
Wieczorem
Zaskakujące: ładna pogoda mnie smuci, zachmurzone, ciężkie i stalowe niebo poprawia mi humor.
Podoba mi się, kiedy pada śnieg. Lubię ciemność za oknem do godziny dziesiątej rano.
Chciałabym pić kawę o północy i mieć czas na czytanie książek wtedy, kiedy muszę spać.
Oglądałam wywiad Michała Nogasia i Andrzeja Stasiuka zamieszczony na stronie Gazety Wyborczej i tak bardzo mi się podobał. "Świat masz ze sobą" powiedział Stasiuk. I jeszcze kilka innych, prostych i mądrych rzeczy. Zatęskniłam za lasem i łanami zbórz, polami i wiatrem. Nie takim, co znosi na boki, tylko takim, który otrzeźwia duszę.
Mam w głowie zdanie: system naczyń połączonych.
Przypomniał mi się wiersz Przemiany Czechowicza.
Wiersz Szymborskiej, kilka zdjęć.
Codziennie wpatruję się w obraz Arnolda Bocklina, jego autoportret, gdzie Śmierć mu gra na skrzypcach.
I na mały obrazek Marysi z Jezuskiem. Na jego odwrocie krótka modlitwa za tego, co odszedł.
Tęsknie i zastanawiam się, co dalej.
Ostatni tydzień pełen snu, nie takiej muzyki, nie takiej ciszy.
Jakbym śniła na jawie: otwarte oczy, a głowa śpi.
Nie czytam. Trochę oglądam.
Śnią mi się książki, dziwne księgarnie i biblioteki.
Twarze, których nigdy nie widziałam.
Śnią mi się bajki, historie nieznane.
Śni mi się woda.
Podoba mi się, kiedy pada śnieg. Lubię ciemność za oknem do godziny dziesiątej rano.
Chciałabym pić kawę o północy i mieć czas na czytanie książek wtedy, kiedy muszę spać.
Oglądałam wywiad Michała Nogasia i Andrzeja Stasiuka zamieszczony na stronie Gazety Wyborczej i tak bardzo mi się podobał. "Świat masz ze sobą" powiedział Stasiuk. I jeszcze kilka innych, prostych i mądrych rzeczy. Zatęskniłam za lasem i łanami zbórz, polami i wiatrem. Nie takim, co znosi na boki, tylko takim, który otrzeźwia duszę.
Mam w głowie zdanie: system naczyń połączonych.
Przypomniał mi się wiersz Przemiany Czechowicza.
Jesteś system mechanicznie doskonały. I nagle coś się zepsułoNa ścianach fragmenty zdań, niektóre wyrwane z kontekstu.
Wiersz Szymborskiej, kilka zdjęć.
Codziennie wpatruję się w obraz Arnolda Bocklina, jego autoportret, gdzie Śmierć mu gra na skrzypcach.
I na mały obrazek Marysi z Jezuskiem. Na jego odwrocie krótka modlitwa za tego, co odszedł.
Tęsknie i zastanawiam się, co dalej.
Ostatni tydzień pełen snu, nie takiej muzyki, nie takiej ciszy.
Jakbym śniła na jawie: otwarte oczy, a głowa śpi.
Nie czytam. Trochę oglądam.
Śnią mi się książki, dziwne księgarnie i biblioteki.
Twarze, których nigdy nie widziałam.
Śnią mi się bajki, historie nieznane.
Śni mi się woda.
niedziela, 13 listopada 2016
Niedziela
Mówią - pisz. A ja chcę im powiedzieć, że nie umiem. Że te słowa to czysty przypadek.
Chwila, która się zdarzyła w głowie i została wylana na zewnątrz.
Jest tak: pada deszcz, a ja niekoniecznie wiem, co chcę dzisiaj robić.
Chciałabym tyle rzeczy ogarnąć, a jedyne na co mam ochotę to przytulić się do poduszki i światu powiedzieć dobranoc.
Ale ... nie po to w piątek wprowadziłam zamieszanie, żeby przespać dzień.
Więc będę dzisiaj znowu upstrzona zieloną farbą, być może także i złotą. Być może coś wyjdzie wreszcie z tej papierowej wikliny. Być może wreszcie uzupełnię bloga z tymi książkami. Być może rozpiszę się w kalendarzu. Dokończę czytać komiks. Zaparzę drugą kawę.
Jest niedziela, godzina dziesiąta czterdzieści. Za oknem mrok i deszcz i trochę wiatru.
Muzyka: Jamie Cullum. Później pewnie Diana Krall. Później Chat Baker.
Bo w głowie zawsze Wrocław.
Chwila, która się zdarzyła w głowie i została wylana na zewnątrz.
Jest tak: pada deszcz, a ja niekoniecznie wiem, co chcę dzisiaj robić.
Chciałabym tyle rzeczy ogarnąć, a jedyne na co mam ochotę to przytulić się do poduszki i światu powiedzieć dobranoc.
Ale ... nie po to w piątek wprowadziłam zamieszanie, żeby przespać dzień.
Więc będę dzisiaj znowu upstrzona zieloną farbą, być może także i złotą. Być może coś wyjdzie wreszcie z tej papierowej wikliny. Być może wreszcie uzupełnię bloga z tymi książkami. Być może rozpiszę się w kalendarzu. Dokończę czytać komiks. Zaparzę drugą kawę.
Jest niedziela, godzina dziesiąta czterdzieści. Za oknem mrok i deszcz i trochę wiatru.
Muzyka: Jamie Cullum. Później pewnie Diana Krall. Później Chat Baker.
Bo w głowie zawsze Wrocław.
poniedziałek, 3 października 2016
The October Country
…that country where it is always turning late in the year. That country where the hills are fog and the rivers are mist; where noons go quickly, dusks and twilights linger, and midnights stay. That country composed in the main of cellars, sub-cellars, coal-bins, closets, attics, and pantries faced away from the sun. That country whose people are autumn people, thinking only autumn thoughts. Whose people passing at night on the empty walks sound like rain…Ray Bradbury
wtorek, 23 sierpnia 2016
Koty i książki. Wpis osobisty
Nawet nie wiedziałam, jak bardzo brakuje mi książek. Mam na myśli książki tradycyjne, mające swoje własne losy, swoją własną opowieść. Zdobywane z różnych źródeł, od różnych ludzi. Książki antykwaryczne, prezenty, wyszukiwane przez lata pojedyńcze tytuły kiedyś zapisane na karkach, w notesach, innych książkach. Pogryzdane ołówkiem, z zagiętymi rogami, zapomnianymi zakładkami, zdjęciami i notatkami na biletach.
Będąc w Polsce przez kilka dni widziałam swoje książki zapakowane w kartony. Myśl, że musi minąć jeszcze tak dużo czasu zanim znowu będę mogła ułożyć je na półkach, przypomnieć sobie, że "O mój Boże, to ja to mam?!", wsadzić nos między strony - to jest coś w rodzaju grozy spotęgowane jeszcze przez bycie tak daleko i strach, że przy przeprowadzkach tak wiele rzeczy znika.
Te wszystkie moje książki to też wspomnienia. Teraz, kiedy jestem już w "moim nowym domu", gdzie wszystko zaczynam "jeszcze raz" brakuje mi czegoś, co jest tak bardzo moje. Ostatnie dni były niesamowicie trudne dla mnie. Straciłam swojego kota, drugi jest poważnie chory i nie wiadomo, co będzie. Cały czas wiszą te ciężkie myśli, że będzie trzeba podjąć decyzję o tym, że uśpienie będzie dla niego najlepszym wyborem. I że mnie przy nim najprawdopodobniej nie będzie.
Moje książki i koty to jedna opowieść. To ten czas, kiedy czytałam dużo i kocury zawsze były gdzieś blisko mnie. Vincenty leżał zaraz obok i burczał. Franciszek uwielbiał kłaść się na tym, co akurat czytałam i udowadniać, że to on jest ważniejszy, a nie zbiór tych wielu słów. Kiedy kładłam się na łóżku lub siadałam w fotelu było kwestią czasu, kiedy poczuję delikatny skok i moszczenie się któregoś z nich na brzuchu. Ten niesamowity koci pomruk kiedy ledwo pogłaskałam grzbiet. Przy Vincentym zawsze się martwiłam, że mi zaślini kartki w czasie mruczenia. Franek w złości na mnie, patrząc mi prosto w oczy, zrzucał książki z półek i biurka. Niesamowicie inteligentny zwierz. Wiedział, że to od razu zmusi mnie do wstania i zrobienia tego, czego akurat żądał. Nie wspominam o książkach przez niego w złości pogryzionych i podrapanych. Te wszystkie chwile są odbite na kartakch z papieru. Tyle wspomnień i czasu, który upłynął. Tak wiele zmian, radości i rozczarowań. Minuta po minucie, strona za stroną.
W nowym domu mam kilka książek. Będąc teraz w Polsce dostałam wspaniały prezent i mój malutki zbiór wzbogacił się o trzy wspaniałe i chciane przez mnie tytuły. Osoba, która mi to sprezentowała tak bardzo mnie zaskoczyła i teraz tak bardzo ją za to uwielbiam. Dostałam także dwa czarne kubki, bardzo motywacyjne. Jak inaczej można zinterpretować dwa zdania, które na nich widnieją - książka sama się nie przeczyta, kawa sama się nie wypije. Kotów brakuje bardzo. Parapety wydają mi się bardziej puste, podłoga bardziej czysta, cisza bardziej odczuwalna, kiedy wiem, że ich tu po prostu nie bedzie. I czytanie przez bardzo długi czas także będzie inne, o ile w ogóle będę teraz czytać.
Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego - zasługuje w ogóle na miano domu?
Mark Twain
Będąc w Polsce przez kilka dni widziałam swoje książki zapakowane w kartony. Myśl, że musi minąć jeszcze tak dużo czasu zanim znowu będę mogła ułożyć je na półkach, przypomnieć sobie, że "O mój Boże, to ja to mam?!", wsadzić nos między strony - to jest coś w rodzaju grozy spotęgowane jeszcze przez bycie tak daleko i strach, że przy przeprowadzkach tak wiele rzeczy znika.
Te wszystkie moje książki to też wspomnienia. Teraz, kiedy jestem już w "moim nowym domu", gdzie wszystko zaczynam "jeszcze raz" brakuje mi czegoś, co jest tak bardzo moje. Ostatnie dni były niesamowicie trudne dla mnie. Straciłam swojego kota, drugi jest poważnie chory i nie wiadomo, co będzie. Cały czas wiszą te ciężkie myśli, że będzie trzeba podjąć decyzję o tym, że uśpienie będzie dla niego najlepszym wyborem. I że mnie przy nim najprawdopodobniej nie będzie.
Moje książki i koty to jedna opowieść. To ten czas, kiedy czytałam dużo i kocury zawsze były gdzieś blisko mnie. Vincenty leżał zaraz obok i burczał. Franciszek uwielbiał kłaść się na tym, co akurat czytałam i udowadniać, że to on jest ważniejszy, a nie zbiór tych wielu słów. Kiedy kładłam się na łóżku lub siadałam w fotelu było kwestią czasu, kiedy poczuję delikatny skok i moszczenie się któregoś z nich na brzuchu. Ten niesamowity koci pomruk kiedy ledwo pogłaskałam grzbiet. Przy Vincentym zawsze się martwiłam, że mi zaślini kartki w czasie mruczenia. Franek w złości na mnie, patrząc mi prosto w oczy, zrzucał książki z półek i biurka. Niesamowicie inteligentny zwierz. Wiedział, że to od razu zmusi mnie do wstania i zrobienia tego, czego akurat żądał. Nie wspominam o książkach przez niego w złości pogryzionych i podrapanych. Te wszystkie chwile są odbite na kartakch z papieru. Tyle wspomnień i czasu, który upłynął. Tak wiele zmian, radości i rozczarowań. Minuta po minucie, strona za stroną.
W nowym domu mam kilka książek. Będąc teraz w Polsce dostałam wspaniały prezent i mój malutki zbiór wzbogacił się o trzy wspaniałe i chciane przez mnie tytuły. Osoba, która mi to sprezentowała tak bardzo mnie zaskoczyła i teraz tak bardzo ją za to uwielbiam. Dostałam także dwa czarne kubki, bardzo motywacyjne. Jak inaczej można zinterpretować dwa zdania, które na nich widnieją - książka sama się nie przeczyta, kawa sama się nie wypije. Kotów brakuje bardzo. Parapety wydają mi się bardziej puste, podłoga bardziej czysta, cisza bardziej odczuwalna, kiedy wiem, że ich tu po prostu nie bedzie. I czytanie przez bardzo długi czas także będzie inne, o ile w ogóle będę teraz czytać.
Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego - zasługuje w ogóle na miano domu?
Mark Twain
sobota, 23 lipca 2016
Ostatni łyk kawy
Erich Maria Remarque ustami swojej bohaterki zapytał kiedyś
Tak dużo kawiarni, tak mało pieniędzy. Rzeka ludzi podąża w każdym kierunku. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kogo można zatrzymać i zapytać o stan świata. Kolor nieba. Ciężkość chmur.
Ocean pokryty jest mgłą. Biała ściana zakrywa góry. Chłód bije od wody i zaraz może zerwać się wiatr. Nie masz przeciwdeszczowego płaszcza w żółtym kolorze, ale to jest w porządku, to ci nie przeszkadza. Nawet chcesz zmarznąć i zmoknąć bo wiesz, że jak wrócisz do domu zrobisz sobie gorący napar i ogrzejesz dłonie o kubek. Zdejmiesz z siebie przesiąknięte deszczem rzeczy i ubierzesz to, w czym czujesz się tak bezpiecznie. Co pachnie domem, twoim partnerem i kotem. Lub samotnością.
Ostatni łyk kawy jest zimny. Za długo siedziałaś na parapecie i patrzyłaś w to, co jest za oknem. Co widziałaś? Domy i drzewa? Czy inny czas i inną siebie? Co czułaś? Czy na tafli szkła pojawił się dwój oddech i czy w jego obecności mogłaś napisać to, o czym chciałabyś zapomnieć? Delikatnie poruszając palcami tworzyłaś znaki liter, symbole które ułożone w słowa określają twoją rzeczywistość: to, co było, co jest i co może być.
Nie wiesz, co będzie. Mówią, że liczy się tu i teraz. Ale to nie tak, to nie jest takie proste. Przecież te wszystkie minuty które były przed chwilą, kilka dni temu, kilka lat wstecz - są ważne. Pamiętasz, jak byłaś dzieckiem i uciekłaś poza przystań domu, a twoje bose stopy dotykały rozgrzanego latem chodnika. Był wieczór i świat wydawał się bezpieczny. Dziadek pracował w ogrodzie, był czas wieczornej bajki, brat i siostra gdzieś w mieście spotkali się z przyjaciółmi. Pamiętasz, jak wtedy świeciło słońce, jak było ciepło i jak cudownie smakowały brzoskwinie.
A teraz jesteś tutaj. W nienazwanym mieście. W szarości wieczoru. Siedzisz i czekasz. Nie wiesz tylko, na co.
Gdzie jest moja pierwsza twarz? Twarz sprzed wszystkich luster?Idziesz ulicami nowego miasta. Witryny pozwalają zobaczyć nowe modele sukienek i twoje odbicie. Patrzysz i oceniasz: jaka ta sukienka ładna i jaka brzydka ja. Za gruba / za chuda, za niska / za wysoka, o za jasnym / za ciemnym kolorze skóry. Nie takie kształty ciała by ładnie w tym skrawku materiału wygladąć.
Tak dużo kawiarni, tak mało pieniędzy. Rzeka ludzi podąża w każdym kierunku. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kogo można zatrzymać i zapytać o stan świata. Kolor nieba. Ciężkość chmur.
Ocean pokryty jest mgłą. Biała ściana zakrywa góry. Chłód bije od wody i zaraz może zerwać się wiatr. Nie masz przeciwdeszczowego płaszcza w żółtym kolorze, ale to jest w porządku, to ci nie przeszkadza. Nawet chcesz zmarznąć i zmoknąć bo wiesz, że jak wrócisz do domu zrobisz sobie gorący napar i ogrzejesz dłonie o kubek. Zdejmiesz z siebie przesiąknięte deszczem rzeczy i ubierzesz to, w czym czujesz się tak bezpiecznie. Co pachnie domem, twoim partnerem i kotem. Lub samotnością.
Ostatni łyk kawy jest zimny. Za długo siedziałaś na parapecie i patrzyłaś w to, co jest za oknem. Co widziałaś? Domy i drzewa? Czy inny czas i inną siebie? Co czułaś? Czy na tafli szkła pojawił się dwój oddech i czy w jego obecności mogłaś napisać to, o czym chciałabyś zapomnieć? Delikatnie poruszając palcami tworzyłaś znaki liter, symbole które ułożone w słowa określają twoją rzeczywistość: to, co było, co jest i co może być.
Nie wiesz, co będzie. Mówią, że liczy się tu i teraz. Ale to nie tak, to nie jest takie proste. Przecież te wszystkie minuty które były przed chwilą, kilka dni temu, kilka lat wstecz - są ważne. Pamiętasz, jak byłaś dzieckiem i uciekłaś poza przystań domu, a twoje bose stopy dotykały rozgrzanego latem chodnika. Był wieczór i świat wydawał się bezpieczny. Dziadek pracował w ogrodzie, był czas wieczornej bajki, brat i siostra gdzieś w mieście spotkali się z przyjaciółmi. Pamiętasz, jak wtedy świeciło słońce, jak było ciepło i jak cudownie smakowały brzoskwinie.
A teraz jesteś tutaj. W nienazwanym mieście. W szarości wieczoru. Siedzisz i czekasz. Nie wiesz tylko, na co.
niedziela, 17 lipca 2016
Fragementy wiersza "Kołysanka Dorszowego Przylądka"
Serce cichnie co chwila i bije od nowa: krew
włóczy się po arteriach, lecz o powrocie pamięta.
Ciało, jak mapa fizyczna zwinięta w rulon i zmięta,
na północy gdzieś podnosi brew.
...
Samotność uczy natury przedmiotów, bo ich naturą
jest ta sama samotność.
...
Jeżeli czas się staje
panaceum, to dzięki temu, że nie znosi pośpiechu - zresztą
jest formą bezsenności
...
Lecz póki trwa obuwie, muszą
istnieć miejsca, gdzie można stanąć - jakiś stały
ląd. I powierzchnia jego sucha
piosenki dorsza słucha:
"Czas to więcej niż przestrzeń. Bo przestrzeń to rzecz.
A czas w istocie swojej jest myślą o rzeczy.
Życie to forma czasu. Karp czy leszcz
to jego punkt skupienia. I są całe rzesze
tych punktów. Włącznie z kropelką najmniejszą,
z ziarenkiem piasku. Ze śmiercią. (...)"
...
Dotknij palcem stalówki na próbę,
albo rogu stołu: boli? Otóż
w miejscu, w którym przedmiot ma swój czubek,
właśnie tam jest raj tego przedmiotu;
raj za życia osiągalny, choć nieduży:
fakt, iż rzeczy nie da się przedłużyć.
...
Złożone z miłości słów sprośnych, strachu przed śmiercią, odczucia
łamliwości szkieletu i wrażliwość podbrzusza,
ciało, w którym jak w lustrze ocean się przegląda,
trwa na krańcu przestrzeni: ze srebną łzą w oka kącie
człowiek jest sam dla siebie swoim własnym końcem
i wcina się w Czas jak przylądek.
...
Od tych ostatnich zaś dłuższa jest stokroć
myśl o Nicości, lecz oko
musi się przykryć powieką i nocą,
aby przeniknąć tak rozległą przestrzeń.
Tylko tak - we śnie - wolno naszym oczom
oswajać się z rzeczami. I sny te są wieszcze
albo złowieszcze - zależy, kto śpi.
Dorsz w progu. Skrzypią drzwi.
Josif Brodski, Kołysanka Dorszowego Przylądka
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy.
Wybór i posłowie: Jerzy Illg
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006
włóczy się po arteriach, lecz o powrocie pamięta.
Ciało, jak mapa fizyczna zwinięta w rulon i zmięta,
na północy gdzieś podnosi brew.
...
Samotność uczy natury przedmiotów, bo ich naturą
jest ta sama samotność.
...
Jeżeli czas się staje
panaceum, to dzięki temu, że nie znosi pośpiechu - zresztą
jest formą bezsenności
...
Lecz póki trwa obuwie, muszą
istnieć miejsca, gdzie można stanąć - jakiś stały
ląd. I powierzchnia jego sucha
piosenki dorsza słucha:
"Czas to więcej niż przestrzeń. Bo przestrzeń to rzecz.
A czas w istocie swojej jest myślą o rzeczy.
Życie to forma czasu. Karp czy leszcz
to jego punkt skupienia. I są całe rzesze
tych punktów. Włącznie z kropelką najmniejszą,
z ziarenkiem piasku. Ze śmiercią. (...)"
...
Dotknij palcem stalówki na próbę,
albo rogu stołu: boli? Otóż
w miejscu, w którym przedmiot ma swój czubek,
właśnie tam jest raj tego przedmiotu;
raj za życia osiągalny, choć nieduży:
fakt, iż rzeczy nie da się przedłużyć.
...
Złożone z miłości słów sprośnych, strachu przed śmiercią, odczucia
łamliwości szkieletu i wrażliwość podbrzusza,
ciało, w którym jak w lustrze ocean się przegląda,
trwa na krańcu przestrzeni: ze srebną łzą w oka kącie
człowiek jest sam dla siebie swoim własnym końcem
i wcina się w Czas jak przylądek.
...
Od tych ostatnich zaś dłuższa jest stokroć
myśl o Nicości, lecz oko
musi się przykryć powieką i nocą,
aby przeniknąć tak rozległą przestrzeń.
Tylko tak - we śnie - wolno naszym oczom
oswajać się z rzeczami. I sny te są wieszcze
albo złowieszcze - zależy, kto śpi.
Dorsz w progu. Skrzypią drzwi.
Josif Brodski, Kołysanka Dorszowego Przylądka
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy.
Wybór i posłowie: Jerzy Illg
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006
sobota, 16 lipca 2016
Sen
- Uciekałaś?
Tak. Od kilku tygodni śni mi się ucieczka. Z różnych miejsc. Przed różnymi ludźmi. Przed czymś, czego nie widać. W tych snach pojawia się obraz, za każdym razem. Obraz z człowiekiem, który musi w nim żyć. Porusza się, wyciąga z niego ręce. Może cię złapać i udusić. Może opowiadać. Czasami mówi bardzo głośno o moich snach w tym śnie. Tło obrazu jest ciemne, przypomina noc. Człowiek jest zrobiony z czarnego koloru. Nie ma rysów twarzy, nie widać jego oczu. Kiedy otwiera usta jest równie czarny jak całe jego ciało. Kiedy przechodzę obok, a on milczy to i tak czuję, że patrzy, bacznie obserwuje, sprawdza każdy mój krok. Mam wrażenie, że może widzieć przez ściany, może widzieć to, co robię w każdym momencie i nie ważne jest, gdzie wisi obrazi, a gdzie jestem ja.
- Pamiętasz coś jeszcze?
W jednym ze snów byłam w wieży. Nie wiem, jak mam ją opisać. Była zbudowana z piaskowca, ale na modłę współczesną. Dużo szkła, wielkich okien. Przechodząc przez korytarze można było czuć promienie słońca na skórze lub chłód deszczu. Wieża była wysoka, widok z jej najwyżeszgo punktu ukazywał całe miasto. Można było chodzić schodami, można było jechać windą. Na około poruszało się dużo ludzi, chociaż był wieczór. W gabinetach odbywały się jeszcze jakieś późne spotkania. Pamiętam, że stałam na korytarzu i ktoś mnie wołał. Po imieniu. I nagle poczułam, gdzieś głeboko w sobie, że muszę się schować, że nie wolno mi iść w stronę wołającego. Zaczęłam biec schodami w dół, sprawdzając czy drzwi po drodze są otwarte. Po kilku piętrach wreszcie jedne z nich się otworzyły. To chyba była część socjalna dla pracowników. Kuchnia, toalety, dużo szaf, wieszaków z ciuchami. Rozgardiasz dnia codziennego, kiedy nikt nie ma czasu odkładać rzeczy na miejsce. Wpada się tam tylko szybko coś zjeść, napić się kawy, ochlapać twarz wodą przed kolejnym szaleńczym dniem. I stało się tak, jak na kiepskim horrorze klasy b, c i d gdzie głupia dziewczyna chowa się w najbardziej oczywistym miejscu. I nagle zmienia się punkt widzenia. Nie patrzę już swoimi oczami tylko kogoś z boku. Widzę siebie zamkniętą w toalecie, z nogami przyciśnietymi do reszty ciała, tak by nie było widać stóp, kiedy ktoś zagląda od dołu. Widzę twarz człowieka, który mnie wołał. Widzę, ż on wie, że tam jestem. Widzę uśmiech na jego twarzy, kiedy rozumie, że już nie musi mnie szukać. Udaje jednak, że nie wie nic. Niby zagląda, szuka i woła, ale z teatralną gładkością. Wychodzi, a ja w tej toalecie oddycham głęboko. Niepewna, ale już z jakąś czątką bezpieczeństwa w głowie, która mnie uspokaja. Patrząc z boku widzę, jak mężczyzna zamyka drzwi i mówi do kogoś, żeby obserwować wszystkie wyjścia z budynku i nie pozowolić mi wydostać się na zewnątrz.
- Co czułaś?
A co powinnam czuć w takim momencie? Głupie pytanie ... Strach i przerażenie kiedy zbiegam po schodach, a wszystkie drzwi są zamknięte. Ekscytację i adrenalinę szumiącą w głowie i przyśpieszającą bicie serca. Radość, że wpadłam na drzwi i mogłam przez nie przejść i móc się gdziekolwiek schować.
- Był tam obraz, o którym opowiadałaś?
Tak, wisiał na jednym z pięter klatki.
- Mówił coś?
Nie, tylko obserwował. Z uśmiechem wyrażającym kpinę z mojej próby ucieczki.
- Myślisz, że wiedział, kto cię próbuje złapać i po co?
Zawsze wie. Zawsze wszystko widzi. Wydaje się nawet, że wszystko rozumie.
- Co masz na myśli mówiąc, że rozumie?
(po chwili ciszy) Wydaje mi się, że ten obraz, w którym on jest zamknięty jest bardzo stary. Że on sam jest bardzo stary. Nie ma imienia, a może go po prostu nie pamięta. Jest w każdym moim śnie. Czasami, kiedy udaje mi się stanąć obok niego słyszę szum wody, jakby morze było gdzieś blisko i fale uderzały o brzeg. Czasami słyszę ptaki, chyba mewy i wiatr, który targa wszystkim, czego nie mogę zobaczyć, ale wiem, że tam jest. To jest tak, jakby ten obraz łączył dwa światy, które są bardzo daleko od siebie i nie mam tu na myśli tylko odległości ale także czas (...) Ten człowiek z obrazu jest w każdym śnie. Czasami widzę tylko jego fragment, czasami jakiś ruch na ścianie. A czasami pojawia się w całej postaci, na długo i mówi. Mówi o snach w moim śnie, o tym, co będzie się zaraz działo. Czasami po prostu mówi byle co i byle jak, wtedy nic nie rozumiem. A czasami ... czasami widzę jak chce wydostać się z tych ram, w których jest zamknięty. Wtedy czuję strach bo wiem, że wyciągnie po mnie ręce i nie będę uciekać tylko przed tym, co mnie goni, ale także przed nim samym (...) Ludzie szukają przewodników duchowych, doradców, psychologów, Boga. Kogoś lub czegoś, co pomoże im zdjąć z ramion chociaż część odpowiedzialności i będzie prowadzić przez życie. Właśnie z tym kojarzy mi się ta postać. Wie wszystko i nawet to rozumie, zna kolej rzeczy. W jakiś sposób próbuje mnie prowadzić, chociaż jest to szalone i nie ma w tym żadnego porządku. On nie jest dobry, wypełnia go szyderczość, nienawiść, złość, kpina i wiem, że mnie nie lubi. To takie proste uczucie, bardzo ludzkie i łatwo wyczuwalne. Ale nie ma wyboru. Jest tam dla mnie.
- Dlaczego uciekasz?
(bardzo długa chwila ciszy) Znasz zapach cynamonu? Jest piękny, po prostu. Cynamon mnie uspokaja, trochę jak narkotyk. To samo mam z kawą. Gorzką, mocną, matową. Kawa z cynamonem to jedno z najprzyjemniejszych połaczeń, jakie mogło zostać stworzone. Śni mi się zapach cynamonu i kawy. Śni mi się wielki hotel na dalekich rubieżach świata. Śni mi się pociąg, bardzo stary, w którym jadę. Siedzenia są z drewna, twarde i zimne. Okna przepuszczają wiatr. Nie ma przedziałów i jestem sama. Jest zmierzch, powoli pojawiają się gwiazdy. Po drodze, w miastach większych i mniejszych światła pokazują stare domy, puste chodniki i samotność. Czasami przebiega pies, czasami kot. Ale tymi drogami nie jedzie żaden samochód, tymi chodnikami nikt nie idzie. Przy polach stoją słupy, łączą je liny. Może poprzez nie ktoś z kimś rozmawia. Może dzięki nim gdzieś świeci w czyimś domu naga żarówka i ktoś czyta książkę. Mam na sobie zieloną sukienkę i buty na obcasie. Brązowy płaszcz i ciemny kapelusz. Małą walizkę podróżną, a w niej kilka powieści i jakieś ubrania. Wiem, że jadę na stację na rubieżach, do miasta, które tam jest, ukryte gdzieś w czasie. I tego miejsca się boję. Boję się wysiąść z pociągu i wsiąść do samochodu, który na mnie czeka. Kiedy mój strach rośnie zamykam oczy i śnię. Sen w śnie. I wtedy wszystko się zmienia, a ja uciekam przed czymś innym, przed czymś równie nienazwanym jak ten hotel na rubieżach świata do którego podążam.
- Wiesz, że to tylko sny? Sny bardzo często nie mają sensu.
Może masz rację. Ale przez nie mój cały rzeczywisty świat rozpada się na kawałki, jak potłuczone szkło. Kiedy nie śpię, myślę o tym, co mi się śniło. Co mam w głowie, że te sny są tak intensywne, że czuję zapachy, tyle emocji, w tym strach i przerażenie. Boję się zasypiać. Boję się na chwilę zamknąć oczy. Ostatnio zaczęłam przypatrywać się ścianom, mam wrażenie, że zaraz pojawi się na nich obraz lub cienie, które poruszają się nie tak, jak powinny. Idąc ulicą nieświadomie zmierzam w kierunku dworca. Wczoraj złapałam się na tym, że stoję na peronie i przyglądam się pociągom. Wracam do domu z mgłą w myślach. Piję kawę za kawą żeby zasnąć jak najpóźniej i staram się być jak najbardziej zmęczona. Żeby tylko zasnąć jak najszybciej i jak najszybciej się obudzić. Ale to nigdy nie działa, zawsze są sny. Różnica polega na tym, że czasami pamiętam z nich dużo, a czasami niewiele, tylko fragmenty. Ale serce zawsze bije tak samo szybko. I pościel jest zawsze tak samo wilgotna od potu. I ręce zawsze tak samo drżą..
- Wiesz, że to tylko sny? Sny bardzo często nie mają sensu.
Może masz rację. Ale przez nie mój cały rzeczywisty świat rozpada się na kawałki, jak potłuczone szkło. Kiedy nie śpię, myślę o tym, co mi się śniło. Co mam w głowie, że te sny są tak intensywne, że czuję zapachy, tyle emocji, w tym strach i przerażenie. Boję się zasypiać. Boję się na chwilę zamknąć oczy. Ostatnio zaczęłam przypatrywać się ścianom, mam wrażenie, że zaraz pojawi się na nich obraz lub cienie, które poruszają się nie tak, jak powinny. Idąc ulicą nieświadomie zmierzam w kierunku dworca. Wczoraj złapałam się na tym, że stoję na peronie i przyglądam się pociągom. Wracam do domu z mgłą w myślach. Piję kawę za kawą żeby zasnąć jak najpóźniej i staram się być jak najbardziej zmęczona. Żeby tylko zasnąć jak najszybciej i jak najszybciej się obudzić. Ale to nigdy nie działa, zawsze są sny. Różnica polega na tym, że czasami pamiętam z nich dużo, a czasami niewiele, tylko fragmenty. Ale serce zawsze bije tak samo szybko. I pościel jest zawsze tak samo wilgotna od potu. I ręce zawsze tak samo drżą..
środa, 13 lipca 2016
Sylvia Plath
Rzucaj się ku pozornie nieosiągalnym dla ciebie celom i cierpliwie znoś ból upadku i ośmieszenia. Zawsze próbuj, jak długo starczy sił, pójść trudniejszą drogą, jak spartanie - i pracuj, pracuj, żeby uformować z siebie bogatą, ciągle rozwijającą się jednostkę.Dzienniki 1950-1962
Znalezione na stronie: Rozchwiana samoświadomość
poniedziałek, 11 lipca 2016
Do - X - Machine
(...) The Greeks are important to this story. This is because, although they might've wanted God to come in when things got really messy, they did not hang around waiting for God to take vengeance. No, they managed it on their own, which was swifter (and better, probably). Whenever the Greeks murdered somebody, somebody else came along later and avenged the death. Then another Greek would come along and avenge the murderer. So that it went on and on, generation after generation, revenge after revenge. It all seemed fated to happen.Martha Grimes, Cold Flat Jucntion
An Onyx Book, 2001
niedziela, 10 lipca 2016
Wielka elegia dla Johna Donne'a
Usnął John Donne, usnęło wszystko wokół,
ściany, podłoga, obrazy, wazony,
usnął stół, pościel, rygiel, hak, śpią w mroku
szafa i kredens, świeca i zasłony,
usnęło wszystko. Gąsior i szklenica,
chleb, nóż do chleba, fajans, szkło, zwierciadła,
bielizna, zegar, kryształy, miednica,
drzwi, stopnie schodów. Noc wszędzie zapadła.
Wszędzie noc: w kątach, w bieliźnie, w fotelach,
w papierach, w stole, w gotowej przemowie,
w jej słowach, w szczypcach, w bierwionach, w popiele
kominka, który wystygł, w kątach powiek.
W trzewikach, w cieniach, w łóżku, za zwierciadłem,
W oparciu krzesła, w pończochach, pod miską,
na krucyfiksie, w sukniach, w prześcieradle,
w pantoflach, w miotle, w drzwiach. Usnęło wszystko.
Wszystko usnęło. Okno. Okiennica.
Śpi śnieg za oknem. Wielkie, białe plamy
sąsiednich dachów. Śpi cała dzielnica,
na śmierć rozcięta przez okienne ramy.
Usnęły wnęki, ściany i cokoły.
Brukowce, flizy, sztachety, kwietniki.
Nie błyśnie światło, nie zaskrzypi koło ...
Gzymsy, parkany, łańcuchy, pomniki.
Usnęły klamki, kołatki, zawiasy,
zasuwy, zamki, klucze do nich, kłódki.
Nie słychać szeptu, szmeru ni hałasu.
Tylko śnieg skrzypi. Noc długa, dzień krótki.
Usnęły gmachy, więzienia. Śpią kramy
na rybnym targu, wagi, świńskie tusze,
domy, podwórka. Śpią w budach brytany.
W piwnicach koty śpią, sterczą im uszy.
Śpią myszy, ludzie. Londyn twardo chrapie.
Żaglowiec w porcie zasnął. Wody śpiące
leniwie tylko pod kadłubem chrapią,
z niebem się łącząc gdzieś na horyzoncie.
Usnął John Donne. I morze z nim usnęło.
I brzeg kredowy ponad morzem usnął.
Noc całą wyspę jednym snem objęła.
I każdy park zamknięty na trzy spusty.
Śpią sosny, klony, graby, świerki, jodły.
Śpią ścieżki, zbocza gór, strumienie. Zasnął
lis i wilk. Niedźwiedź zaszył się w barłogu.
Śnieg zawiał wejścia do nor grubą zaspą.
I ptaki śpią. Świergotu ich nie słychać.
Nie słychać krzyku wron, nie słychać w mroku
chichotu sowy. Ponad Anglią cicho.
Lśni gwiazda. Cicho drepczą mysie kroki.
Usnęło wszystko. Mogiły się wznoszą
nad umarłymi, co śpią w trumnach. W łóżkach
żywi usnęli w morzach swoich koszul.
Samotnie. Twardo. W objęciach. W poduszkach.
Usnęło wszystko. Lasy, rzeki, gleby.
Świat martwy, żywy. I nikt się nie budzi.
Tylko śnieg biały sypie z nocnych niebios.
Lecz śpią i tam, ponad głowami ludzi.
Śpią już anioły. Świat nie mąci zgiełkiem
snu świętych, co usnęli w świętej zgrozie.
Śpi raj cudowny, śpią otchłanie piekieł.
Nikt z domu wszak nie wyjdzie o tej porze.
Usnął Pan. Ziemia bez opieki drzemie.
Uszy nie słyszą i nie widzą oczy.
Szatan też śpi. I na angielskiej ziemi
nienawiść wraz z nim usnęła tej nocy.
Śpią jeźdźcy. Śpi archanioł z trąbą. Stado
koni kołysze się przez sen miarowo.
A cherubiny pyzatą gromadą
śpią pod kopułą katedry Pawłowej.
Usnął John Donne. Usnęły wiersze Donne'a.
Przenośnie, rymy. Udane przy słabych
śpią. Smutki, grzechy, przywary ułomne
jednako ciche spoczęły w sylabach.
I szeptem wiersze nawzajem się łają
niby brat z bratem: posuń no się nieco.
Lecz tak daleki każdy od wrót raju,
że jednym biednym blaskiem wszystkie swiecą.
Śpią wszystkie wersy, śpi jambów splot gęsty.
Trocheje śpią, jak straże, z lewa, z prawa.
I śpi w nich wizja czarnych wód letejskich,
a za nią jeszcze inna wizja - sława.
Nieszczęścia wszystkie śpią. I śpią cierpienia.
Występki śpią. Śpi dobre obok złego.
Śpią gwałty, zbrodnie. W bezkresnych przestrzeniach
nie dojrzysz czarnych plam pod bielą śniegu.
Usnęło wszystko. Tłum ksiąg śpi od dawna.
Śpią rzeki słów pod lodem niepamięci.
Śpią wszystkie zdania i cała w nich prawda.
Śpią ich łańcuchy. Czasem któryś dźwięczy
cicho. Sen zmógł szatana, świętych, Boga.
Śpią ich źli słudzy. Przyjaciele. Dzieci.
Tylko śnieg skrzypi w ciemności na drogach.
I ten dżwięk tylko czuwa w całym świecie.
Ale cyt! słyszysz? tam, w nocnej ciemności,
płacze ktoś cicho, szepcze w lęku, szlocha.
Rzucony w zamieć, o ratunek prosi
i płacze w głos. Ktoś jest w tych mroźnych mrokach.
Ten głos tak cienki. Igłą w górze zastygł.
A nici nie ma ... I płynie sam jeden
ten głos przez mrozy, mgły, ciemność i zaspy,
zszywając noc i świt wysoko w niebie.
"Któż tam łka? Czy to ty, aniele drogi,
wzywasz mnie w dali, jak wzywa promienie
trawa pod śniegiem? Czy ty szukasz drogi?
Czy to ty wołasz w ciemności? - Milczenie.
"To wy, cheruby? Wasze głosy srebrne
w pamięci mam, gdy tego szlochu słucham.
To wy rzuciłyście moją katedrę,
by tutaj śpiewać? To wy?" - cisza głucha.
"Może ty, Pawle? Prawda, ton surowy
głosowi twemu większą szorstkość nadał.
To ty zwiesiłeś w mroku siwą głowę
i płaczesz?" - Znowu nikt nie odpowiada.
"Czy moich oczu zamknąć nie zechciała
ta ręka, która wszędzie tu majaczy?
Czy nie Ty, Panie? Myśl moja zbyt śmiała,
lecz tak wysoki jest ten głos, co płacze". -
Milczenie, cisza. - "Czy ten szloch wśród nocy
nie był, Gabrielu, twojej trąby tonem?
Lecz cóż, ja jeden otworzyłem oczy,
a jeźdźcy już siodłają swoje konie?
Wszystko śpi twardo. W twardej garści mroku.
Ogary z niebios pędzą w tłumnej sforze.
Gabrielu, czy to ty, z trąbą u boku,
szlochasz samotny w ciemnościach na dworze?"
"Nie, Johnie Donne, to ja, to twoja dusza.
To ja boleję na wyżynie nieba,
że całe brzemię mych myśli i wzruszeń
na Twoje barki złożyć było trzeba.
Mogłeś z ciężarem tym wzbić się ku słońcu,
nad namiętności, nad grzechy i strachy.
Jak ptak, widziałeś ludzkich głów tysiące,
kiedy wzleciałeś nad połacią dachu.
Widziałeś morze, dzikie kontynenty.
Widziałeś piekło - w sobie i na jawie.
Widziałeś także raj jasny i swięty
w przygnębiającej ludzkich żądz oprawie.
Widziałeś życie: jak wyspa oblane
jest oceanem, nad którym też byłeś;
z wszystkich stron tylko mrok w nim, mrok i lament.
Dopiero Boga widząc, zawróciłeś.
Lecz nie da ci się wzbić wyżej niż to brzemię:
tam, skąd świat zda się tylko setką wieżyc
i rzek wstążkami; skąd patrząc na ziemię,
i w Sąd Ostateczny można nie wierzyć.
Nic tam nie straszne. I klimat łagodny.
Świat stamtąd widać niczym sen w malignie.
Bóg zamajaczy niekiedy jak ognik,
co mglistą nocą gdzieś za szybą mignie.
Są tam i pola. Nie orze ich lemiesz.
Sto lat nikt nie orał. I sto wieków nawet.
Wokoło tylko ściany lasów ciemne
i deszcze tańczą w nieskoszonej trawie.
Ten drwal, którego zabiedzony wałach
pociągnie tędy, błądząc przez gęstwinę -
wlazłszy na sosnę, ujrzy gdzieś w oddalach
ogień płonący w zamglonej dolinie.
Tu kraj niejasny. Wszystko tak daleko.
Oko się ślizga po odległych dachach.
Tyle tu światła. Żaden pies nie szczeka.
Żaden się dzwon w powietrzu nie zawaha.
I drwal zrozumie tę dal. I w głąb kniei
zawróci konia gwałtownym szarpnięciem.
Wszystko się naraz w sen biblijny zleje:
on sam, koń chudy, noc, sanie i lejce.
A ja wciąż płaczę, nic mi nie zostało.
Trzeba mi wrócić w kamienie i glinę.
Nie mogę wejść tam przyodziana w ciało.
Tylko umarła wzlecę w tę krainę.
Tak, tak, samotna. Poza świat, na mękę
bezpłodnych pragnień, zostawiając ziemi
to ciało w glebie wilgotnej i miekkiej:
niech zszywa, zszywa nasze rozłaczenie.
Ale cyt! podczas gdy tu płaczem mącę
twój sen, za oknem spada w wielkich płatkach
śnieg, rozłączenie nasze zszywający:
tam i z powrotem igła, igła lata.
To nie ja szlocham - to ty płaczesz, Johnie.
Leżysz samotny i śpią we drzwiach zamki,
gdy śnieg wiruje nad uśpionym domem,
gdy śnieg bezgłosnie leci w ciemność stamtąd".
Podobny ptakom, Donne śpi w swoim gnieździe,
czystą swą drogę i miłość do życia
na wieki wieków zawierzywszy gwieździe,
która wygląda z chmurnego ukrycia.
Podobny ptakom. I duszę ma czystą,
a jego droga,choć zapewne grzeszna,
jest przyrodzona jak wołanie piskląt,
których gromada w szpaczym gnieździe mieszka.
Podobny ptakom, rano się przebudzi.
Teraz spoczywa pod przykryciem białym,
póki igła snu i śniegu trudzi,
zszywając duszę z jego śpiącym ciałem.
usnęło wszystko. Lecz jeszcze nań czeka
wiersz nieskończony, drwiąc szczerbatym śmiechem,
że tylko świecką miłość zna poeta,
miłość duchowa zaś wciela się w klechę.
Mniejsza, na czyje koło na tym świecie
lać wodę - ono wciąż ten sam chleb miele.
Choć można życie z kimś dzielić, to przecież
nikt z nami śmierci naszej nie podzieli.
Jest w tej tkaninie dziura. Kto chce, z boku
ją rwie. Odejdzie. Wróci. Znów urywa
strzępek. I tylko niebo w nocnym mroku
czasem te dziury swą igłą zaszywa.
Śpijże, śpij, Johnie Donne. Uśnij, choć dziury
upstrzyły kaftan. Dziurawą masz szatę.
Śpij. Jeszcze trochę, a wyjrzy zza chmury
Gwiazda, co z dawna czuwa nad twym światem.
1963
Josif Brodski, Wielka elegia dla Johna Donne'a
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy
Wybór i posłowie: Jerzy Illg
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006
Autor miał 23 lata pisząc ten wiersz
ściany, podłoga, obrazy, wazony,
usnął stół, pościel, rygiel, hak, śpią w mroku
szafa i kredens, świeca i zasłony,
usnęło wszystko. Gąsior i szklenica,
chleb, nóż do chleba, fajans, szkło, zwierciadła,
bielizna, zegar, kryształy, miednica,
drzwi, stopnie schodów. Noc wszędzie zapadła.
Wszędzie noc: w kątach, w bieliźnie, w fotelach,
w papierach, w stole, w gotowej przemowie,
w jej słowach, w szczypcach, w bierwionach, w popiele
kominka, który wystygł, w kątach powiek.
W trzewikach, w cieniach, w łóżku, za zwierciadłem,
W oparciu krzesła, w pończochach, pod miską,
na krucyfiksie, w sukniach, w prześcieradle,
w pantoflach, w miotle, w drzwiach. Usnęło wszystko.
Wszystko usnęło. Okno. Okiennica.
Śpi śnieg za oknem. Wielkie, białe plamy
sąsiednich dachów. Śpi cała dzielnica,
na śmierć rozcięta przez okienne ramy.
Usnęły wnęki, ściany i cokoły.
Brukowce, flizy, sztachety, kwietniki.
Nie błyśnie światło, nie zaskrzypi koło ...
Gzymsy, parkany, łańcuchy, pomniki.
Usnęły klamki, kołatki, zawiasy,
zasuwy, zamki, klucze do nich, kłódki.
Nie słychać szeptu, szmeru ni hałasu.
Tylko śnieg skrzypi. Noc długa, dzień krótki.
Usnęły gmachy, więzienia. Śpią kramy
na rybnym targu, wagi, świńskie tusze,
domy, podwórka. Śpią w budach brytany.
W piwnicach koty śpią, sterczą im uszy.
Śpią myszy, ludzie. Londyn twardo chrapie.
Żaglowiec w porcie zasnął. Wody śpiące
leniwie tylko pod kadłubem chrapią,
z niebem się łącząc gdzieś na horyzoncie.
Usnął John Donne. I morze z nim usnęło.
I brzeg kredowy ponad morzem usnął.
Noc całą wyspę jednym snem objęła.
I każdy park zamknięty na trzy spusty.
Śpią sosny, klony, graby, świerki, jodły.
Śpią ścieżki, zbocza gór, strumienie. Zasnął
lis i wilk. Niedźwiedź zaszył się w barłogu.
Śnieg zawiał wejścia do nor grubą zaspą.
I ptaki śpią. Świergotu ich nie słychać.
Nie słychać krzyku wron, nie słychać w mroku
chichotu sowy. Ponad Anglią cicho.
Lśni gwiazda. Cicho drepczą mysie kroki.
Usnęło wszystko. Mogiły się wznoszą
nad umarłymi, co śpią w trumnach. W łóżkach
żywi usnęli w morzach swoich koszul.
Samotnie. Twardo. W objęciach. W poduszkach.
Usnęło wszystko. Lasy, rzeki, gleby.
Świat martwy, żywy. I nikt się nie budzi.
Tylko śnieg biały sypie z nocnych niebios.
Lecz śpią i tam, ponad głowami ludzi.
Śpią już anioły. Świat nie mąci zgiełkiem
snu świętych, co usnęli w świętej zgrozie.
Śpi raj cudowny, śpią otchłanie piekieł.
Nikt z domu wszak nie wyjdzie o tej porze.
Usnął Pan. Ziemia bez opieki drzemie.
Uszy nie słyszą i nie widzą oczy.
Szatan też śpi. I na angielskiej ziemi
nienawiść wraz z nim usnęła tej nocy.
Śpią jeźdźcy. Śpi archanioł z trąbą. Stado
koni kołysze się przez sen miarowo.
A cherubiny pyzatą gromadą
śpią pod kopułą katedry Pawłowej.
Usnął John Donne. Usnęły wiersze Donne'a.
Przenośnie, rymy. Udane przy słabych
śpią. Smutki, grzechy, przywary ułomne
jednako ciche spoczęły w sylabach.
I szeptem wiersze nawzajem się łają
niby brat z bratem: posuń no się nieco.
Lecz tak daleki każdy od wrót raju,
że jednym biednym blaskiem wszystkie swiecą.
Śpią wszystkie wersy, śpi jambów splot gęsty.
Trocheje śpią, jak straże, z lewa, z prawa.
I śpi w nich wizja czarnych wód letejskich,
a za nią jeszcze inna wizja - sława.
Nieszczęścia wszystkie śpią. I śpią cierpienia.
Występki śpią. Śpi dobre obok złego.
Śpią gwałty, zbrodnie. W bezkresnych przestrzeniach
nie dojrzysz czarnych plam pod bielą śniegu.
Usnęło wszystko. Tłum ksiąg śpi od dawna.
Śpią rzeki słów pod lodem niepamięci.
Śpią wszystkie zdania i cała w nich prawda.
Śpią ich łańcuchy. Czasem któryś dźwięczy
cicho. Sen zmógł szatana, świętych, Boga.
Śpią ich źli słudzy. Przyjaciele. Dzieci.
Tylko śnieg skrzypi w ciemności na drogach.
I ten dżwięk tylko czuwa w całym świecie.
Ale cyt! słyszysz? tam, w nocnej ciemności,
płacze ktoś cicho, szepcze w lęku, szlocha.
Rzucony w zamieć, o ratunek prosi
i płacze w głos. Ktoś jest w tych mroźnych mrokach.
Ten głos tak cienki. Igłą w górze zastygł.
A nici nie ma ... I płynie sam jeden
ten głos przez mrozy, mgły, ciemność i zaspy,
zszywając noc i świt wysoko w niebie.
"Któż tam łka? Czy to ty, aniele drogi,
wzywasz mnie w dali, jak wzywa promienie
trawa pod śniegiem? Czy ty szukasz drogi?
Czy to ty wołasz w ciemności? - Milczenie.
"To wy, cheruby? Wasze głosy srebrne
w pamięci mam, gdy tego szlochu słucham.
To wy rzuciłyście moją katedrę,
by tutaj śpiewać? To wy?" - cisza głucha.
"Może ty, Pawle? Prawda, ton surowy
głosowi twemu większą szorstkość nadał.
To ty zwiesiłeś w mroku siwą głowę
i płaczesz?" - Znowu nikt nie odpowiada.
"Czy moich oczu zamknąć nie zechciała
ta ręka, która wszędzie tu majaczy?
Czy nie Ty, Panie? Myśl moja zbyt śmiała,
lecz tak wysoki jest ten głos, co płacze". -
Milczenie, cisza. - "Czy ten szloch wśród nocy
nie był, Gabrielu, twojej trąby tonem?
Lecz cóż, ja jeden otworzyłem oczy,
a jeźdźcy już siodłają swoje konie?
Wszystko śpi twardo. W twardej garści mroku.
Ogary z niebios pędzą w tłumnej sforze.
Gabrielu, czy to ty, z trąbą u boku,
szlochasz samotny w ciemnościach na dworze?"
"Nie, Johnie Donne, to ja, to twoja dusza.
To ja boleję na wyżynie nieba,
że całe brzemię mych myśli i wzruszeń
na Twoje barki złożyć było trzeba.
Mogłeś z ciężarem tym wzbić się ku słońcu,
nad namiętności, nad grzechy i strachy.
Jak ptak, widziałeś ludzkich głów tysiące,
kiedy wzleciałeś nad połacią dachu.
Widziałeś morze, dzikie kontynenty.
Widziałeś piekło - w sobie i na jawie.
Widziałeś także raj jasny i swięty
w przygnębiającej ludzkich żądz oprawie.
Widziałeś życie: jak wyspa oblane
jest oceanem, nad którym też byłeś;
z wszystkich stron tylko mrok w nim, mrok i lament.
Dopiero Boga widząc, zawróciłeś.
Lecz nie da ci się wzbić wyżej niż to brzemię:
tam, skąd świat zda się tylko setką wieżyc
i rzek wstążkami; skąd patrząc na ziemię,
i w Sąd Ostateczny można nie wierzyć.
Nic tam nie straszne. I klimat łagodny.
Świat stamtąd widać niczym sen w malignie.
Bóg zamajaczy niekiedy jak ognik,
co mglistą nocą gdzieś za szybą mignie.
Są tam i pola. Nie orze ich lemiesz.
Sto lat nikt nie orał. I sto wieków nawet.
Wokoło tylko ściany lasów ciemne
i deszcze tańczą w nieskoszonej trawie.
Ten drwal, którego zabiedzony wałach
pociągnie tędy, błądząc przez gęstwinę -
wlazłszy na sosnę, ujrzy gdzieś w oddalach
ogień płonący w zamglonej dolinie.
Tu kraj niejasny. Wszystko tak daleko.
Oko się ślizga po odległych dachach.
Tyle tu światła. Żaden pies nie szczeka.
Żaden się dzwon w powietrzu nie zawaha.
I drwal zrozumie tę dal. I w głąb kniei
zawróci konia gwałtownym szarpnięciem.
Wszystko się naraz w sen biblijny zleje:
on sam, koń chudy, noc, sanie i lejce.
A ja wciąż płaczę, nic mi nie zostało.
Trzeba mi wrócić w kamienie i glinę.
Nie mogę wejść tam przyodziana w ciało.
Tylko umarła wzlecę w tę krainę.
Tak, tak, samotna. Poza świat, na mękę
bezpłodnych pragnień, zostawiając ziemi
to ciało w glebie wilgotnej i miekkiej:
niech zszywa, zszywa nasze rozłaczenie.
Ale cyt! podczas gdy tu płaczem mącę
twój sen, za oknem spada w wielkich płatkach
śnieg, rozłączenie nasze zszywający:
tam i z powrotem igła, igła lata.
To nie ja szlocham - to ty płaczesz, Johnie.
Leżysz samotny i śpią we drzwiach zamki,
gdy śnieg wiruje nad uśpionym domem,
gdy śnieg bezgłosnie leci w ciemność stamtąd".
Podobny ptakom, Donne śpi w swoim gnieździe,
czystą swą drogę i miłość do życia
na wieki wieków zawierzywszy gwieździe,
która wygląda z chmurnego ukrycia.
Podobny ptakom. I duszę ma czystą,
a jego droga,choć zapewne grzeszna,
jest przyrodzona jak wołanie piskląt,
których gromada w szpaczym gnieździe mieszka.
Podobny ptakom, rano się przebudzi.
Teraz spoczywa pod przykryciem białym,
póki igła snu i śniegu trudzi,
zszywając duszę z jego śpiącym ciałem.
usnęło wszystko. Lecz jeszcze nań czeka
wiersz nieskończony, drwiąc szczerbatym śmiechem,
że tylko świecką miłość zna poeta,
miłość duchowa zaś wciela się w klechę.
Mniejsza, na czyje koło na tym świecie
lać wodę - ono wciąż ten sam chleb miele.
Choć można życie z kimś dzielić, to przecież
nikt z nami śmierci naszej nie podzieli.
Jest w tej tkaninie dziura. Kto chce, z boku
ją rwie. Odejdzie. Wróci. Znów urywa
strzępek. I tylko niebo w nocnym mroku
czasem te dziury swą igłą zaszywa.
Śpijże, śpij, Johnie Donne. Uśnij, choć dziury
upstrzyły kaftan. Dziurawą masz szatę.
Śpij. Jeszcze trochę, a wyjrzy zza chmury
Gwiazda, co z dawna czuwa nad twym światem.
1963
Josif Brodski, Wielka elegia dla Johna Donne'a
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy
Wybór i posłowie: Jerzy Illg
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006
Autor miał 23 lata pisząc ten wiersz
sobota, 9 lipca 2016
Sześć miesięcy
Słuchane:
Neko Case, K.D. Lang, Laura Veirs
Blue Fires
Stay with me
Yesterday was hard on all of us
Przeczytane:
Arthur C. Clarke, 2010: Odyseja kosmiczna
Neko Case, K.D. Lang, Laura Veirs
Blue Fires
How can the priarie flocks keep their courses trueSam Smith
And navigate the stars as they do?
How do blue fires burn in me, not in you
Stay with me
Why am I so emotional?Fink
No, it's not a good look, gain some self-control
And deep down I know this never works
But you can lay with me so it doesn't hurt
Yesterday was hard on all of us
Where do we go from here?
Where do we go?
And is it real or just
Something we think we know?
Przeczytane:
Arthur C. Clarke, 2010: Odyseja kosmiczna
Do tej pory sądzono, że rozwinięte formy inteligencji nie mogą powstać w morzu, ponieważ nie występują tam trudne sytacje, morze samo w sobie bowiem stanowi dość łagodne i mało żróżnicowane środowisko naturalne. Przede wszystkim jednak nie można rozwinąć żadnych form techniki bez ognia.Andrzej Sapkowski, Wiedźmin
Możliwe, że był to błąd w rozumowaniu. Droga, którą poszła ludzkość, nie była drogą jedyną. W morskich głębinach innych światów istnieją prawdopodobnie całe cywilizacje
Błędy też się dla mnie liczą. Nie wykreślam ich ani z życia, ani z pamięci. I nigdy nie winię za nie innychJoe Hill, Locke & Key
Welcome to LovecraftWilliam Gibson, Neuromancer
W epoce niezbyt kosztownego piękna jego brak miał w sobie coś z symboluLeopold Tyrmand, Zły
Ile nieszczęść dzieje się dlatego, że nie potrafimy czegoś wyrazić słowami, prawda?Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj
Chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach
sobota, 21 maja 2016
Joe Hill, Locke & key
Zastanawiam się, czy słowa: zachwyciłam się! są odpowiednie dla moich odczuć po przeczytaniu dzieła Joe Hill'a. Komiks, który stworzył z Gabrielem Rodriguezem jest naprawdę świetną historią, która nie ma słabych punktów, a każdy tom trzyma co najmniej bardzo dobry poziom. Od bohaterów po wspaniałe ilustracje. Chciałabym już mieć wszystkie swoje książki na miejscu i móc je uzupełniać, ponieważ mam zamiar mieć wszystkie części Locke & key na swoich półkach, tak samo jak Sandmana Neila Gaimana i Amerykańskiego wampira Scotta Snydera. Nie nam się na komiksach i jest to dla mnie cały czas nowe doświadczenie - czytanie historii stworzonych w formie rysunków i opisanych w dymkach. Uważam jednak że jest to wspaniały obszar do eksploracji i poznawania.
sobota, 14 maja 2016
O książkach przeczytanych wpis krótki
Odyseja kosmiczna 2010
Arthur C. Clarke
William Gibson
Neuromancer
Tony Gonzales
EVE: Era Empireum
Dariusz Domagalski
Osobliwość
Andy Weir
Marsjanin
* CCP Games, które tworzy EVE Online od kilkunastu lat organizuje Fanfest, na który zjeżdżają się gracze z całego świata. W tym czasie odbywają się spotkania z twórcami gry, panele dyskusyjne, rozgrywki miedzy graczami. W tym roku można było spróbować grać na Oculusie i zobaczyć jak to działa.
** Jest film, który zawsze - dla mnie - będzie lepszy od swojego książkowego pierwowzoru. Nic nie przebije Forresta Gumpa. Uwielbiam Toma Hanksa za tą rolę.
Arthur C. Clarke
Kiedy czytałam Kontakt Carla Sagana pomyśałam sobie, że teraz inaczej będę patrzeć w gwiazdy. Z nadzieją, że nasze człowieczeństwo i nauka pozwolą nam na rozwój w kierunku poznania kosmosu i możliwości założenia koloni na innych planetach. Nie mówię o podboju, ponieważ brzmi to dla mnie militarnie i groźnie. Nie chciałabym czegokolwiek podbijać, tylko poznać i zrozumieć. Mieć możliwość spojrzenia na ludzkość z innej planety. Najprawdopodobniej tego nie dożyję, ale nadzieję mam. Natomiast kiedy czytałam drugą część Odysei Kosmicznej to miałam ogromną ochotę dowiedzieć się, jak to z nami, ludźmi, tak naprawdę jest. W tej chwili internet pęka od informacji, pomysłów, tez i różnych teorii na temat powstania naszej rasy. Intrygująca jest jednak dla mnie myśl autora, że inteligencja która nas wyprzedza o lata świetlne pozwoliła nam, ludziom, rozwinąć możliwości. Nie mogę z głowy wyrzucić początku pierwszej części Odysei, kiedy małpy poprzez impulsy, które wysyłał monolit zaczęły się zmieniać, zaczęły rozumieć, zaczęły się rozwijać. Zaczęły zabijać. Intrygujący był także dla mnie wątek HALA. Czy ludzkość może obawiać się Sztucznej Inteligencji?
Odyseja Komiczna 2010 nie odpowiada na moje pytania (nie musi), za to dodaje nowe. Od pierwszego lepszego: co się tak naprawdę stało z pilotem Discovery? Czy człowiek potrzebuje ciała do tego, żeby istnieć? Czy mamy jakiekolwiek szanse na to, żeby zrozumieć działanie kosmosu? Czy możemy rozwinąć się tak, jak inteligencja która stworzyła monolity?
Podsumowując: książka dała mi dużo do myślenia. I jest to naprawdę bardzo przyjemne - zastanawiać się nad tym, kim jesteśmy, jak możemy się rozwinąć, czym jest kosmos. Podobało mi się to, że było więcej bohaterów, dużo ciekawych rozmów między nimi. Podobał mi się pomysł ukrytego lotu chcącego dolecieć szybciej do Discovery, który zrobił przystanek na Europie i byłam z siebie dumna, kiedy wyczaiłam, że film Raport: Europa jest oparty na tym właśnie wątku. Odyseja Kosmiczna 2010 jest jedna z ciekawszych książek przeczytanych w tym roku.
William Gibson
Neuromancer
Muszę się przyznać, że nad Neuromancerem spędziłam kilka długich dni. I chociaż klimat książki jest niesamowity, świat stworzony przez Gibsona przerażający, technologia opisana przez niego trzydzieści lat temu do dzisiaj niedostępna to była to dla mnie ciężka przeprawa literacka. Nie potrafię sobie wyobrazić tego świata tu i teraz. W pewnym momencie czułam się strasznie zagubiona, przestraszona i biedna, co jest dość ciekawym doświadczeniem. I w sumie to podwyższa moją ocenę, bo rzadko kiedy mam okazję do odczuwania takich emocji w trakcie czytania.
Tony Gonzales
EVE: Era Empireum
Dzieje się tu tak dużo, że można się zgubić i to jest mój jedyny zarzut do tej książki. Cieszyłam się bardzo, że D. gra w EVE i interesuje się częścią fabularną, ponieważ był w stanie wyjaśnić mi wiele rzeczy i pomóc mi połączyć wiele wątków w jaśniejszą całość. Czyta się świetnie, niesamowicie szybko i przyjemnie. Nie ma tu zawiłości technologicznych, bohaterowie są intrygujący, fabuła pochłania. Jak ja czuję się Minmatarką, jak ja nienawidzę Ammarów i jakie to jest niesamowicie ludzkie, że aż głupie. I cholera jasna, rozbudza bardzo dużo ciekawości, że aż ma się ochotę zacząć grać i szukać rozwiązań w świecie wirtualnym. I najciekawsze: cała fabuła rozwija się cały czas, bohaterowie mają wpływ na losy Nowego Edenu Na tegorocznym Fanfeście* odbywały się Mistrzostwa Ammarskie, gdzie dwa imperatorskie domy walczyły o władzę zostawioną po śmierci Jamyl Sarum. Ale czy ona naprawdę umarła? I to jest właśnie piękne, nikt nic nie wie!
Dariusz Domagalski
Osobliwość
Największy zawód do dnia dzisiejszego. I to jest chyba wszystko, co mogę napisać o tej książce. I chociaż zaczęło się ciekawie i intrygująco, to im dalej w fabułę tym tylko gorzej. Ja już nawet nie pamiętam, o co tam chodziło, co tym bardziej mnie smuci.
Andy Weir
Marsjanin
Błędem jest poważnym obejrzenie filmu przed przeczytaniem książki. I powinnam to sobie wbić do głowy. Strasznie nie lubię, kiedy film od książki podoba mi się bardziej **, a tak właśnie jest w tym przypadku. I chociaż powieść ma świetne momenty i lepsze zakończenie, tak Matt Damon swoją rolą wygrał wszystko. Nie ma co ukrywać, nie przeskoczę tego. Ale czytało się fajnie, było śmiesznie i wzruszająco. I chyba mniej amerykańsko niż w filmie.
Dick Lehr, Gerard O'Neill
Pakt z diabłem
Mafia zawsze będzie intrygować. Chociaż straszne są historie z mafią związane, to jednak nie dziwi mnie, że cały czas powstają filmy nimi inspirowane czy nowe książki. To duże ryzyko dla autora/dziennikarza, który poszukuje informacji na ten temat u żródeł, szuka połaczeń, próbuje przekazać prawdę o tym, jakie to wszystko jest niejasne, głębokie i po prostu złe. Dlaczego? Ponieważ mafia zawsze łączy się polityką, a polityka to niebezpieczna zabawa. A kiedy dołączymy do tego organy sprawiedliwości, które nie mają za bardzo pojęcia czym jest sprawiedliwość? I tak przez wiele lat mafia, FBI i polityka rządziły bostońskim miastem, pozwalając na gwałt i rozbój, rozprzestrzenianie się narkotyków i powszechną przemoc. Powstało bagno, z którego trudno się wydostać i trwało ono przez wiele lat.
Autorzy bardzo się starali rzetelnie przedstawić wszystkie zebrane informacje i dowody. Spis materiałów, które zdobyli i z których korzystali jest naprawdę imponujący. Pakt z diabłem to ciekawa lektura, która pokazuje kolejną stronę tego, jak przy dobrych układach i nieoficjalnie można rządzić miastem.
Przesłuchane audiobooki
Leopold Tyrmand
Zły Leopold Tyrmand
Moja praca ma jeden zasadniczy plus: mogę słuchać audiobooków do woli. W ten sposób sięgam po książki, które normalnie pewnie by jeszcze czekały na swój czas. Dużo czasu minęło zanim sięgnęłam po książkę Tyrmanda, ale naprawdę było warto. Jest to powieść napisana świetnym językiem, w którym prawdziwym bohaterem jest miasto, powojenna Warszawa, a dopiero później ważni są bohaterowie. Pięknie Tyrmand kreuje ten czas lat pięćdziesiątych, z przymrużonym okiem i nutką dowcipu, ale także poważnie, z Warszawą zniszczoną, pełną ruin, powstającą z gruzów. Trudno, żeby w głowie nie pojawiła się myśl, że chciałoby się zobaczyć Warszawę właśnie w tym czasie, z całym jej niebezpieczeństwem, podejrzanymi knajpkami, chuliganerią, bikiniarzami, bandytami i inteligencją. I obowiązkowym piciem wódki.
Piękna to książka. I bohaterowie świetni. W Kubusiu Wirusie się zakochałam, Irma mnie irytowała, Jonasz Drobniak zaintrygował, Juliusz Kalodont zadzwił odwagą, Filip Merynos przestraszył, a Meteor rozbawił, a przecież to nie wszystkie powieściowe postacie. Zły Leopolda Tyrmanda to powieść do której wrócę w formie papierowej. I cała ta książka będzie pogryzdana ołówkiem, ponieważ muszę zaznaczyć swoje ulubione fragmenty.
Lektor: Adam Ferency. Słucha się bardzo przyjemnie. Nie irytuje zmianą głosu, co uważam za bardzo ważne przy audiobookach.
Stephen King
Doktor Sen
Zawiodłam się na moim Królu. Kontynuacja Lśnienia jest dobra w wątku obyczajowym, ale w przestrzeni horroru nie sprawdza się w ogóle. Hotel Panorama przyprawiał mnie o ciarki na plecach, Prawdziwy Węzeł mnie rozbawił. I chociaż podobał mi się wątek połączenia Abry i Danny'ego to jednak postać dziewczyny wypadła blado na tle innych dziecięcych i młodzieżowych postaci stworzonych przez Kinga. Król dalej jest opowiadaczem i czyta się go dobrze, ale nie porywa on już tak jak kiedyś. Doktor Sen nie jest powieścią złą, ale nie jest też tym, na co liczyłam.
Lektor: Roch Siemianowski.
Stephen King
Doktor Sen
Zawiodłam się na moim Królu. Kontynuacja Lśnienia jest dobra w wątku obyczajowym, ale w przestrzeni horroru nie sprawdza się w ogóle. Hotel Panorama przyprawiał mnie o ciarki na plecach, Prawdziwy Węzeł mnie rozbawił. I chociaż podobał mi się wątek połączenia Abry i Danny'ego to jednak postać dziewczyny wypadła blado na tle innych dziecięcych i młodzieżowych postaci stworzonych przez Kinga. Król dalej jest opowiadaczem i czyta się go dobrze, ale nie porywa on już tak jak kiedyś. Doktor Sen nie jest powieścią złą, ale nie jest też tym, na co liczyłam.
Lektor: Roch Siemianowski.
* CCP Games, które tworzy EVE Online od kilkunastu lat organizuje Fanfest, na który zjeżdżają się gracze z całego świata. W tym czasie odbywają się spotkania z twórcami gry, panele dyskusyjne, rozgrywki miedzy graczami. W tym roku można było spróbować grać na Oculusie i zobaczyć jak to działa.
** Jest film, który zawsze - dla mnie - będzie lepszy od swojego książkowego pierwowzoru. Nic nie przebije Forresta Gumpa. Uwielbiam Toma Hanksa za tą rolę.
piątek, 6 maja 2016
Wyjątkowo zimny maj
Jest mi bardzo, bardzo źleMaanam - Wyjątkowo zimny maj (KLIK)
Zimny kraj, zimny maj
Koty śpią, miasto śpi
Czarodziejskie śnią się sny
czwartek, 28 kwietnia 2016
Wyrwane z całości
Pomyliłaś się. Pomyliłaś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawuAndrzej Sapkowski, Krew elfów
wtorek, 26 kwietnia 2016
The week with magic has begun
Moon. Inscribe on fox pelt and color with blood from your right-finger and you will be not haunted by ghosts (Sorcerer's Screed. The Icelandic Book of Magic Spells).
czwartek, 24 marca 2016
Wiersz
Daleko pójdę, z daleka wrócę.
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Zdobędę wszystko, gdy wszystko rzucę,
Odzyskam bezmiar, straciwszy kąt.
Ból swój uciszę, żałość odsmucę.
Śmiechem powitam wygnania ląd!
Daleko pójdę, z daleka wrócę:
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Leopold Staff, Wybór poezji
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1960
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Zdobędę wszystko, gdy wszystko rzucę,
Odzyskam bezmiar, straciwszy kąt.
Ból swój uciszę, żałość odsmucę.
Śmiechem powitam wygnania ląd!
Daleko pójdę, z daleka wrócę:
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Leopold Staff, Wybór poezji
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1960
niedziela, 20 marca 2016
Dlaczego tak bardzo lubię czytać Harry'ego Pottera ...
i dlaczego tak bardzo lubię wracać do książek już raz przeczytanych.
Skończyłam czytać pierwszą część przygód młodego czarodzieja, tym razem w języku angielskim. I muszę napisać, że J.K. Rowling stworzyła coś naprawdę niesamowitego. Można wiele rzeczy napisać i znaleźć wiele okreśeń na tą historię, ale nic nie zmieni faktu, że ta książka jest pełna magii. I w ogóle nie jestem zdziwiona, że dzieciaki tak na nią zareagowały. Bo to jest magia: czekać na wydanie każdej kolejnej części, ustawiać się w kolejce w księgarniach o północy, później czytać z wypiekami na policzkach i przeżywać tyle emocji, że w głowie się kręci. Trochę mniej szczęścia mają ci, którzy sięgneli po Harry'ego po wydaniu ostatniego tomu. Ale sama magia czytania pozostaje taka sama, niesamowita.
Czego tutaj nie ma? Bo ja odnoszę wrażenie, że w tej opowieści (mam na myśli całość) jest wszystko to, co ważne dla młodego człowieka. Przyjaźń, walka o bycie sobą, miłość i jej różne rodzaje, odwaga, poszukiwanie swojej drogi, strach, odrzucenie, samotność, śmierć, złość, frustracja i udowadnianie sobie, że możemy dać radę w każdej sytuacji mając obok kogoś, kto zawsze będzie nas wspierał, nie tylko dobrym słowem, ale także krytyką.
Można negować wartość tych książek, mówić, że to komercyjny shit, dobra praca biura promocji. Że książka jest antykatolicka, szerzy okultyzm i namawia do czczenia szatana. Serio, można tak. Myślę jednak, że to jest cena niezrozumienia, nieumiejętność szukania między wierszami, nadinterpretacja i głupota. Moim zdaniem ta historia należy do tych, przy których trzeba określić swoje zdanie. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. I muszę się przyznać, że nie znam osoby, której Harry Potter byłby po prostu obojętny. Ale oczywiście mogę się mylić.
Kamień filozoficzny czytałam w którejś klasie technikum. Cała przygoda zaczęła się od koleżanki, która tak się wciągnęła, że na przerwach nie dało sie doczekać od niej jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania bo nos miała cały czas w książce. I mnie zainteresowało, jak historia przeznaczona dla dzieci może wcignąć osobę w wieku około siedemnastu lat. No i poszło. I się czekało na premierę każdego kolejnego tomu. Tak samo miałam z Mroczną Wieżą Stephena Kinga. Kiedy zaczęłam czytać były na naszym rynku wydane cztery pierwsze tomy, przed Bożym Narodzeniem w mojej osiedlowej bibliotece pojawiły się Wilki z Calla. I byłam tak namolna dla bibliotekarki, że pozwoliła mi wypożyczyć nowiutki egzemplarz, chociaż był on już odłożony dla innego czytelnika. To była nieprzespana noc. I to jest chyba moja ulubiona część całego cyklu.
To są dwie serie książek, do których wracam najczęściej. Mogę tu dołożyć jeszcze Władcę Pierścini, Flawię de Luce, Muminki, książki Marthy Grimes i pojedyńcze tytuły: Hrabiego Monte Christo, Mistrza i Małgorzatę, opowiadania Bradbury'ego, Bastion i To, Dumę i uprzedzenie, Hyperiona i Upadek Hyperiona, Ojca chrzestnego, Piknik na skraju drogi. Tak patrzę na ten spis i dużo tego jest. Ale są to tytuły dla mnie ważne, nie tracące nic ze swojego uroku, zawsze aktualne i zawsze jest w nich coś nowego do odkrycia. Nie wspominam o książkach, które przeczytałam w minionym roku i zachwyciły mnie równie mocno i też chcę przeczytać je jeszcze raz.
Nudzę się? Nie mam co robić z czasem? Przecież już je czytałam, po co jeszcze raz?
Mówi się, że przeczytanie nowej książki jest jak poznanie nowego przyjaciela. A przeczytanie jeszcze raz tej samej książki to jak spotkanie ze starym przyjacielem, który wie, że dobrze się znamy, ale nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Bardzo mi się podoba takie stwierdzenie, bo ja tak właśnie uważam. Dla mnie to nie jest strata czasu, ale ponowna przygoda, kolejne oczarowanie, znana już droga do innego świata. Że niby wiem, że jest tu bezpiecznie, ale niespodzianki i tak na mnie czekają. I to jest piękne. I za to uwielbiam książki.
Skończyłam czytać pierwszą część przygód młodego czarodzieja, tym razem w języku angielskim. I muszę napisać, że J.K. Rowling stworzyła coś naprawdę niesamowitego. Można wiele rzeczy napisać i znaleźć wiele okreśeń na tą historię, ale nic nie zmieni faktu, że ta książka jest pełna magii. I w ogóle nie jestem zdziwiona, że dzieciaki tak na nią zareagowały. Bo to jest magia: czekać na wydanie każdej kolejnej części, ustawiać się w kolejce w księgarniach o północy, później czytać z wypiekami na policzkach i przeżywać tyle emocji, że w głowie się kręci. Trochę mniej szczęścia mają ci, którzy sięgneli po Harry'ego po wydaniu ostatniego tomu. Ale sama magia czytania pozostaje taka sama, niesamowita.
Czego tutaj nie ma? Bo ja odnoszę wrażenie, że w tej opowieści (mam na myśli całość) jest wszystko to, co ważne dla młodego człowieka. Przyjaźń, walka o bycie sobą, miłość i jej różne rodzaje, odwaga, poszukiwanie swojej drogi, strach, odrzucenie, samotność, śmierć, złość, frustracja i udowadnianie sobie, że możemy dać radę w każdej sytuacji mając obok kogoś, kto zawsze będzie nas wspierał, nie tylko dobrym słowem, ale także krytyką.
Można negować wartość tych książek, mówić, że to komercyjny shit, dobra praca biura promocji. Że książka jest antykatolicka, szerzy okultyzm i namawia do czczenia szatana. Serio, można tak. Myślę jednak, że to jest cena niezrozumienia, nieumiejętność szukania między wierszami, nadinterpretacja i głupota. Moim zdaniem ta historia należy do tych, przy których trzeba określić swoje zdanie. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. I muszę się przyznać, że nie znam osoby, której Harry Potter byłby po prostu obojętny. Ale oczywiście mogę się mylić.
Kamień filozoficzny czytałam w którejś klasie technikum. Cała przygoda zaczęła się od koleżanki, która tak się wciągnęła, że na przerwach nie dało sie doczekać od niej jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania bo nos miała cały czas w książce. I mnie zainteresowało, jak historia przeznaczona dla dzieci może wcignąć osobę w wieku około siedemnastu lat. No i poszło. I się czekało na premierę każdego kolejnego tomu. Tak samo miałam z Mroczną Wieżą Stephena Kinga. Kiedy zaczęłam czytać były na naszym rynku wydane cztery pierwsze tomy, przed Bożym Narodzeniem w mojej osiedlowej bibliotece pojawiły się Wilki z Calla. I byłam tak namolna dla bibliotekarki, że pozwoliła mi wypożyczyć nowiutki egzemplarz, chociaż był on już odłożony dla innego czytelnika. To była nieprzespana noc. I to jest chyba moja ulubiona część całego cyklu.
To są dwie serie książek, do których wracam najczęściej. Mogę tu dołożyć jeszcze Władcę Pierścini, Flawię de Luce, Muminki, książki Marthy Grimes i pojedyńcze tytuły: Hrabiego Monte Christo, Mistrza i Małgorzatę, opowiadania Bradbury'ego, Bastion i To, Dumę i uprzedzenie, Hyperiona i Upadek Hyperiona, Ojca chrzestnego, Piknik na skraju drogi. Tak patrzę na ten spis i dużo tego jest. Ale są to tytuły dla mnie ważne, nie tracące nic ze swojego uroku, zawsze aktualne i zawsze jest w nich coś nowego do odkrycia. Nie wspominam o książkach, które przeczytałam w minionym roku i zachwyciły mnie równie mocno i też chcę przeczytać je jeszcze raz.
Nudzę się? Nie mam co robić z czasem? Przecież już je czytałam, po co jeszcze raz?
Mówi się, że przeczytanie nowej książki jest jak poznanie nowego przyjaciela. A przeczytanie jeszcze raz tej samej książki to jak spotkanie ze starym przyjacielem, który wie, że dobrze się znamy, ale nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Bardzo mi się podoba takie stwierdzenie, bo ja tak właśnie uważam. Dla mnie to nie jest strata czasu, ale ponowna przygoda, kolejne oczarowanie, znana już droga do innego świata. Że niby wiem, że jest tu bezpiecznie, ale niespodzianki i tak na mnie czekają. I to jest piękne. I za to uwielbiam książki.
niedziela, 13 marca 2016
Sen
Rano, kiedy wstaję, naciągam na siebie stary czarny poszarpany sweter. Zaparzam mocną kawę. Wybieram muzykę. Coś, co pasuje do godziny czwartej, kiedy świat za oknem śpi. Jest jesień, deszcz i wiatr. Ogrzewanie nie działa najlepiej. Gorący kubek ogrzewa dłonie. Stone Temple Pilots. Siadam na parapecie i patrzę na światła ulicy. Na most kolejowy, drzewa i rzekę. Czas leci spokojnie. Kot wskakuje obok, spogląda przed siebie. Ciche mruczenie.
Powrót tutaj był brakiem wyjścia. Zakończeniem szarpaniny. Tęsknotą, która boli.
Drewniana podłoga przepuszcza chłód. Okna nie są szczelne. Żarówki dają zamglone światło.
Książki nie mieszczą się na półkach. Wszędzie słychać najmniejszy szelest. Brakuje mebli.
Echo rozchodzi się po całym mieszkaniu. Jaśniejsze plamy farby na ścianach przypominają o tym, że kiedyś było tu inne życie.
Wszystko, co tu było - zniknęło. Odjechało wielkimi ciężarówkami.
Pozostało marzenie o tym, by odbić się od ziemi, spalić skrzydła w słońcu i utonąć.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że wiem dokąd iść, że świat nie pozwoli mi się zgubić.
Pamiętam czas, kiedy byłam młodsza i chodziłam codziennie wzdłuż rzeki. Dni były jasne, walkman działał, brat naprawiał słuchawki - pamiętam zapach lutowanych kabli. Ogród dziadka był jednym wielkim chaosem, każda roślina sama tworzyła swoje królestwo. Huśtawka z deski, dwa grube sznury na starym drzewie. Ściany z cegieł nagrzewały się słońcem, opierałam się o nie i czytałam. Trampki, flanelowe koszule, białe koszule męskie, spodnie z dziurami. Długie rude włosy, piegi, niebieskie oczy.
Jedno życie składające się z kilku światów, niekoniecznie takich, które łączą się ze sobą i pasują.
Miliony niespełnionych marzeń. Walizki, które są zawsze za bardzo napakowane, w których niewiele się mieści i z których nie chce się wywalać rzeczy. Miłość w czasach popkultury.
Przepraszam, zgubiłam się. Wróciłam do punktu wyjścia. Do miasta, które mnie tworzyło i wypełniało. Do wspomnień, które rozdrapują rany. Do tykania starych zegarów. Do dróg, które już dawno powinny być za mną. Zgubiłam się i nikt mnie nie prowadzi. Jestem sama, bez nikogo, nikogo nie potrzebuję, nie chcę i nie pragnę. Nie szukam. Jest jeszcze noc, kawa jest mocna i gorzka.
Nic nie zmienię. Będę tutaj trwać. Chodzić od jednego miejsca do drugiego. Zarabiać niewielkie pieniądze, szukać książek. Słuchać opowieści. Słuchać głośnych, pijanych krzyków, historii które być może nigdy się nie zdarzyły. Nie mówić. Patrzeć. Tak żeby nikt nie widział.
Powrót tutaj był brakiem wyjścia. Zakończeniem szarpaniny. Tęsknotą, która boli.
Drewniana podłoga przepuszcza chłód. Okna nie są szczelne. Żarówki dają zamglone światło.
Książki nie mieszczą się na półkach. Wszędzie słychać najmniejszy szelest. Brakuje mebli.
Echo rozchodzi się po całym mieszkaniu. Jaśniejsze plamy farby na ścianach przypominają o tym, że kiedyś było tu inne życie.
Wszystko, co tu było - zniknęło. Odjechało wielkimi ciężarówkami.
Pozostało marzenie o tym, by odbić się od ziemi, spalić skrzydła w słońcu i utonąć.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że wiem dokąd iść, że świat nie pozwoli mi się zgubić.
Pamiętam czas, kiedy byłam młodsza i chodziłam codziennie wzdłuż rzeki. Dni były jasne, walkman działał, brat naprawiał słuchawki - pamiętam zapach lutowanych kabli. Ogród dziadka był jednym wielkim chaosem, każda roślina sama tworzyła swoje królestwo. Huśtawka z deski, dwa grube sznury na starym drzewie. Ściany z cegieł nagrzewały się słońcem, opierałam się o nie i czytałam. Trampki, flanelowe koszule, białe koszule męskie, spodnie z dziurami. Długie rude włosy, piegi, niebieskie oczy.
Jedno życie składające się z kilku światów, niekoniecznie takich, które łączą się ze sobą i pasują.
Miliony niespełnionych marzeń. Walizki, które są zawsze za bardzo napakowane, w których niewiele się mieści i z których nie chce się wywalać rzeczy. Miłość w czasach popkultury.
Przepraszam, zgubiłam się. Wróciłam do punktu wyjścia. Do miasta, które mnie tworzyło i wypełniało. Do wspomnień, które rozdrapują rany. Do tykania starych zegarów. Do dróg, które już dawno powinny być za mną. Zgubiłam się i nikt mnie nie prowadzi. Jestem sama, bez nikogo, nikogo nie potrzebuję, nie chcę i nie pragnę. Nie szukam. Jest jeszcze noc, kawa jest mocna i gorzka.
Nic nie zmienię. Będę tutaj trwać. Chodzić od jednego miejsca do drugiego. Zarabiać niewielkie pieniądze, szukać książek. Słuchać opowieści. Słuchać głośnych, pijanych krzyków, historii które być może nigdy się nie zdarzyły. Nie mówić. Patrzeć. Tak żeby nikt nie widział.
Biblioteka
Szczęście, jak wiadomo, ma wiele definicji. Moje szczęście to biblioteka i książki, bez tego jak bez powietrza. Dzisiaj mogłam wreszcie zapisać się do islandzkiej biblioteki, która połączona jest z centrum kultury i tworzy wspaniałą całość.
Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.
Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman - Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.
Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór. Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.
Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.
Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.
Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne!
Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.
Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman - Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.
Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór. Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.
Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.
Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.
Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne!
sobota, 5 marca 2016
William Shakespeare
Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko inne.
środa, 24 lutego 2016
Cloudbusting
But every time it rains,
You're here in my head,
Like the sun coming out--
Ooh, I just know that something good is going to happen.
And I don't know when,
But just saying it could even make it happen.
wtorek, 23 lutego 2016
poniedziałek, 22 lutego 2016
Na rozdrożu
- Gdzie idziesz naga? - Po płaszcz z gwiaździstych zamieci.
- Sama? - Na wietrze gniją ostatnich zwłok strzępy.
- Skąd? - W bagnach śmierci kwiat pachnie, tańczy i świeci.
- Głodnaś? - Wnętrzności wyżarły pożądań sępy.
- Uciekasz? - Gna mnie z przepaści wzrok zimny, tępy.
- Idziesz bez żalu? - Nie płaczą matki twe dzieci.
- Wrócisz? Księżycem w tej duszy senne ostępy
I błyskawicą wszechgrozy, gdy pierś twą prześwieci.
- Stań na chwilę. - Pali me stopy jesienne ściernisko.
- Wezmę cię w ręce. - Oczy twe syczą jak żmija.
- Pięknaś! - Pięknem jest wszystko gnijące - gdy mija.
- Wejdź w dom swój dawny. Rozpalę smolne ognisko.
- Dymi twój ogień - I wilczym jękom za blisko.
- Tyś nasza! - Niegdyś. Dziś wolna, sama, niczyja.
Piotr Odmieniec Włast (Maria Komornicka)
- Sama? - Na wietrze gniją ostatnich zwłok strzępy.
- Skąd? - W bagnach śmierci kwiat pachnie, tańczy i świeci.
- Głodnaś? - Wnętrzności wyżarły pożądań sępy.
- Uciekasz? - Gna mnie z przepaści wzrok zimny, tępy.
- Idziesz bez żalu? - Nie płaczą matki twe dzieci.
- Wrócisz? Księżycem w tej duszy senne ostępy
I błyskawicą wszechgrozy, gdy pierś twą prześwieci.
- Stań na chwilę. - Pali me stopy jesienne ściernisko.
- Wezmę cię w ręce. - Oczy twe syczą jak żmija.
- Pięknaś! - Pięknem jest wszystko gnijące - gdy mija.
- Wejdź w dom swój dawny. Rozpalę smolne ognisko.
- Dymi twój ogień - I wilczym jękom za blisko.
- Tyś nasza! - Niegdyś. Dziś wolna, sama, niczyja.
Piotr Odmieniec Włast (Maria Komornicka)
środa, 10 lutego 2016
Sen
Kiedy zmarła Miriam na Wyspie nie było
już nikogo i dom stał pusty od kilkunastu lat. Tylko fale obmywały
kamieniste brzegi. Stary Doyle powiedział, że może ze mną
popłynąć. Nie widziałam go tak długo, a on w ogóle się nie
zmienił. Może na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek,
dalej jednak chodził wyprostowany, dalej był silnym człowiekiem.
Cichym i dumnym przywódcą małej społeczności. Kiedy byłam
dzieckiem nosił mnie na rękach i opowiadał stare historie. Zawsze
patrzył w oczy. Nigdy nie kłamał. To, co niewygodne zamykał w
milczeniu. Tak jak teraz. Wyspa nie lubi słów. Nie znosi pytań.
Nie chce obcych ludzi. Jedyne, co jest dla niej ważne, to
wspomnienia, przed którymi nie można uciec. Będąc jej częścią
za każdym razem, kiedy zamykamy oczy mamy pod powiekami obrazy tego,
co było.
Przystań wydawała się pogruchorana.
Przy brzegu stała łódź Miriam.
Stara zniszczona łajba.
Zielona farba odpadała wielkimi
płatami, widać już było przegniłe drewno.
Na wyspie rzadko kiedy było sucho.
Deszcze i wiatry wypełniały dni. Mokra ziemia pochłaniała obute
stopy. Nie ważne ile miałam lat, sukienki zawsze były ubłocone,
płaszcze mokre, skóra zimna.
Doyle pytał czy jestem pewna tego, że
chcę zostać sama.
- W starych domach są stare duchy,
a ty uciekłaś.
- Moje duchy, moja sprawa, nieważne
jak stare.
Miałam nadzieję, że powie coś
więcej. Jednak tylko patrzył. O czym myślał?
Pomógł mi wypakować torbę i
sprawdzić czy jest drewno. Pomimo wieloletniej pustki dom nadal
nadawał się do użytku. Nieszczelne okna przepuszczały każdy
silniejszy podmuch wiatru i kamienna podłoga zaczęła się kruszyć,
ale był dach nad głową i wielki komin. W szufladach znalazłam
zapas świec. Nowych. Zapytałam czy Jonathan tu był ale nie
usłyszałam odpowiedzi.
- Kiedy mam przypłynąć?
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci.
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci.
Miriam była moją babką Wychowała
mnie po śmierci rodziców. Tylko mnie. Nie wiem, co stało się z
moim rodzeństwem. Miałam dwa lata kiedy zamieszkałam na wyspie.
Pamiętam, że pachniała ziołami.
Zaplatała mi warkocze.
Śpiewała.
Jej twarz wyglądała jak twarz
drewnianej figury, która wystawiona jest na wieczne podmuchy wiatru.
Moja Miriam od której uciekłam.
Czasami tak się składa, że to, co
nas stworzyło musimy zostawić. Miałam osiemnaście lat. I byłam
zmęczona życiem z dala od wszystkiego. Tak jakby to, że jestem
było czymś niestosownym, jakbym musiała żyć daleko od innych
ludzi. Więc ściełam włosy. Zmieniłam ich kolor. Ukryłam
nazwisko. Schowałam swoje serce. I byłam pewna, że nie będę już
musiała szukać do niego klucza.
Jonathan napisał, że Miriam już nie
ma.
I moja ucieczka była tchórzostwem.
Że mój świat nigdy nie będzie miał
słońca.
Mam wrócić na Wyspę.
Całą noc padało i nie słyszałam
otwieranych drzwi.
Dopiero, jak położył mi rękę na
ramieniu.
Dorzucił drzewa do ognia.
Nic nie mówił, nie musiał.
To, co zbudowałam runęło. Obróciło
się w proch. Moje serce – tak szczelnie zamknięte pudło i tak
głęboko schowane - musiałam wyciągnąć na mgliste światło
dnia. Na zimne wiatry i chłodne deszcze. Na dotyk już tych obcych
rąk. Tak bardzo zimnych i tak bardzo bladych. Upiorom nie wolno
mówić tak.
Rano zaparzyłam kawy. Ogrzałam
dłonie. Wyspa się budziła.
Korowody duchów błądziły po jej
ścieżkach. Szarość nieba pochłaniała każdy promień słońca.
Usiadłam na drewnianym parapecie
myśląc o tym, że mam może jakiś inny wybór wiedząc jaka
jest prawda.
Spał. Oddychał powoli. Postarzał
się. Długo już tu jest? Co robił? Naprawiał zniszczony dach?
Zbierał to, co wyrzuciło morze? Jak długo tu był? Jego oczy
kiedyś były jaśniejsze. Twarz wygląda jak maska, nic się w niej
nie odbija.
- Doyle ma przypłynąć jutro.
- Nie przypłynie.
Jeżeli ci powiem, że świat śpi to
mi uwierzysz?
Dzisiaj czas nie istnieje.
Wskazówki zegara stoją.
Lustro niczego nie odbja.
Nie ma cienia.
Cisza wypełnia każdy kąt.
Nie słychać oddechów i kroków.
poniedziałek, 8 lutego 2016
Moje małe śmierci
Pierwsza:
The National, High Violet
Zostałam rozłożona na części pierwsze.
Druga:
Muzyka z Kruka
Od początku do końca, zawsze blisko, na wyciągnięcie słuchawek.
Trzecia:
Fismoll, At Glade
Bez słów, są niepotrzebne .
Czwarta
Rod Stewart, Sailling / Every beat od my heart
Skojarzenia: podróż, morze, deszcz, łódź, stare walizki, tęsknota za domem. Sen.
Piąta:
Lao Che, Powstanie Warszawskie
St.
Szósta:
George Michael, Older
Czarno / białe zdjęcia, specyficzni ludzie, dziwne miejsca. Wrocław.
Siódma:
K.D. Lang, Constant craving / Calling all angels (Jane Sibbery)
Przy pierwszej: chęć ucieczki. Przy drugiej: cisza i spokój.
Ośma:
Billy Holiday, Autumn in NY
Nigdy nie napisana książka.
Dziewiąta:
Cat Power, Metal heart
Zagubienie.
Dziesiąta:
The Cranberries, Linger / Ode to my family / When you're gone
Wrocław z rana, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że go opuszczę.
Jedenasta:
Lamb, Gabriel
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.
Dwunasta:
Stone Temple Pilots, Kitchenwere and candybars
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.
Trzynasta:
Goo Goo Dolls, Iris
D.
Czternasta:
The National, Vanderlyle crybaby geeks
St. I pustka.
Piętnasta:
For Love Not Lisa, Slip slide melting
Sny na jawie.
Szesnasta:
Marillion, Lavender
Kołysanka.
Siedemnasta:
Amanda Palmer, Astronaut
Otwarcie oczu po bardzo długim śnie.
Osiemnasta:
Berk & The Virtual Band, Wonderwall
Wrocław, ale ten z dzisiejszego czasu. Poszukiwanie nowości w muzyce. Beate.
Dziewiętnasta:
Florence and the Machine, Cosmic Love
Energia!
Lista została stworzona kilka lat temu. I nic się nie zmieniło.
The National, High Violet
Zostałam rozłożona na części pierwsze.
Druga:
Muzyka z Kruka
Od początku do końca, zawsze blisko, na wyciągnięcie słuchawek.
Trzecia:
Fismoll, At Glade
Bez słów, są niepotrzebne .
Czwarta
Rod Stewart, Sailling / Every beat od my heart
Skojarzenia: podróż, morze, deszcz, łódź, stare walizki, tęsknota za domem. Sen.
Piąta:
Lao Che, Powstanie Warszawskie
St.
Szósta:
George Michael, Older
Czarno / białe zdjęcia, specyficzni ludzie, dziwne miejsca. Wrocław.
Siódma:
K.D. Lang, Constant craving / Calling all angels (Jane Sibbery)
Przy pierwszej: chęć ucieczki. Przy drugiej: cisza i spokój.
Ośma:
Billy Holiday, Autumn in NY
Nigdy nie napisana książka.
Dziewiąta:
Cat Power, Metal heart
Zagubienie.
Dziesiąta:
The Cranberries, Linger / Ode to my family / When you're gone
Wrocław z rana, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że go opuszczę.
Jedenasta:
Lamb, Gabriel
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.
Dwunasta:
Stone Temple Pilots, Kitchenwere and candybars
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.
Trzynasta:
Goo Goo Dolls, Iris
D.
Czternasta:
The National, Vanderlyle crybaby geeks
St. I pustka.
Piętnasta:
For Love Not Lisa, Slip slide melting
Sny na jawie.
Szesnasta:
Marillion, Lavender
Kołysanka.
Siedemnasta:
Amanda Palmer, Astronaut
Otwarcie oczu po bardzo długim śnie.
Osiemnasta:
Berk & The Virtual Band, Wonderwall
Wrocław, ale ten z dzisiejszego czasu. Poszukiwanie nowości w muzyce. Beate.
Dziewiętnasta:
Florence and the Machine, Cosmic Love
Energia!
Lista została stworzona kilka lat temu. I nic się nie zmieniło.
piątek, 5 lutego 2016
O kawie
Wpatrywała się w kawę, ubrana w cienką niebieską sukienkę plączącą się jej wokół łydek. Często miała wrażenie, że w myślach goni za idealną filiżanką; że pędzi od stolika do stolika w poszukiwaniu intensywnej, gęstej, kremowej kawy korzennej, słodko-gorzkiej, mocnej, bez sztucznych aromatów, doskonałej, kompletnej, bezgranicznie kawowej. Codziennie rano zdejmowała filiżankę z mosiężnego haczyka i kiedy ją napełniała, miała nadzieję, że kawa będzie ciemna, głęboka i tajemnicza jak las - a ona zawsze zbyt szybko stygła, zawierała za dużo mleka, brudziła filiżankę (...)
Catherynne M. Valente, Palimpsest
Tłumaczył Wojciech Szypuła
Wydawnictwo Mag, Warszawa 2010
Uczta Wyobraźni
Kołyska stawania się i rozpadania
Życie, doświadczenie, los, przeznaczenie, wiara, uczucia, emocje - to
wszystko, na co składa się nasza rzeczywistość - w jakiś sposób nas
zapisuje. Jesteśmy tablicą, która powoli wypełnia się znakami,
symbolami, słowami, myślami. Kształtujemy się i nas kształtują. Tworzymy
i jesteśmy tworzeni. Ale to, co zostało zapisane, można wymazać.
Palimpsest jest miastem poza rzeczywistością. Trafiają do niego nieliczni, wybrani, ci którzy wierzą. Dostać się do niego nie jest łatwo. Tu kluczem jest bliskość, ekstaza, oddanie się komuś, czysty seks. To kim jest ta druga osoba do której się zbliżamy nie ma większego znaczenia, byleby tylko znała Palimpsest, byleby miała mapę ukrytą na skórze.
Jeśli chce się odwiedzać Palimpsest tyko na chwilę, na jedną noc, to nie ma większego problemu. Im częściej tam jesteśmy tym łatwiej nam szukać klucza. Poznajemy się, czujemy się. Ale później chcemy tylko więcej, stajemy się zachłanni, uzależnieni, poszukujemy większej dawki narkotyku.
Zamieszkać na stałe w tym mieście, gdzie wszystko wydaje się takie nierzeczywiste, bolesne, gdzie trzeba oddać część siebie - nie jest to łatwe. Trzeba odnaleźć tych ludzi, którzy odwiedzili kobietę o głowie żaby. Trzeba odnaleźć pierwszych towarzyszy podróży. W świecie rzeczywistym. A Palimpsest wzywa, pociąga, sprawia, że cierpimy i chcemy go więcej. Więc się gubimy, szukamy, poznajemy podobnych sobie. Nasza rzeczywistość, my - zostajemy zamazani, gubimy się, czujemy się zeszmacani, oddajemy się komukolwiek. Tutaj nie gra roli, czy to będzie kobieta czy mężczyzna. Czy miejscem będzie mieszkanie, świątynia, klub. Piękni, brzydcy, grubi, chudzi, wysocy, niscy, czyści, brudni.
Moja pierwsza książka z Uczty Wyobraźni. Jeden z najwspanialszych prezentów, jakie dostałam. Trudna, piękna, poetycka. Zmysłowa, erotyczna, intensywna. To nie jest powieść, którą mogłabym przeczytać w jeden dzień. Musiałam ją smakować. Powoli, ostrożnie. To nie jest lektura dla każdego czytelnika. Może ona oburzać, a nawet obrzydzać. Jednak dla mnie czytanie tej powieści było niesamowitym przeżyciem, niesamowitym doświadczeniem. Cudownie bolesnym, rozkosznym.
I jeszcze jedna ważna rzecz - wyrazy podziwu dla tłumacza. Zadanie nie było łatwe, ale zostało wspaniale wykonane.
Catherynne M. Valente, Palimpsest
Tłumaczył Wojciech Szypuła
Wydawnictwo Mag, Warszawa 2010
Uczta Wyobraźni
czwartek, 4 lutego 2016
Czytajcie poetów, bo zginiecie
W Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z profesorem Piotrem Śliwińskim o czytaniu poezji i jej ważności w świecie obecnym. I tak sobie przypomniałam, jak mówiłam do D. o tym, że w zeszłym roku w ogóle nie czytałam wierszy. Żadnej antologii, żadnego tomiku, może czasami gdzieś ukazujące się pojedyńcze wersy. Gdzieś schowane fragmenty.
I tak sobie myślę, że pan profesor ma rację, że poezja jest ważna. Dzięki niej widzi się inaczej, rozumie się inaczej, czuje się inaczej. Zaczyzna się szukać. Sprawdzać swoje własne, pewne zdanie. Nabierać wątpliwości. Myśleć.
Nie mam dostępu do swoich książek i tęsknię za swoimi wierszami, które swojego czasu kupowałam i zdobywałam gdzie się tylko da, wszystko zapakowane jest w kartonach i czeka na czas przeprawy za ocean. Ale będę szukać w innych źródłach i doceniam dzisiaj internet. Tu można znaleźć wszystko.
Wywiad tu: Czytajcie poetów, bo zginiecie (KLIK)
I tak sobie myślę, że pan profesor ma rację, że poezja jest ważna. Dzięki niej widzi się inaczej, rozumie się inaczej, czuje się inaczej. Zaczyzna się szukać. Sprawdzać swoje własne, pewne zdanie. Nabierać wątpliwości. Myśleć.
Nie mam dostępu do swoich książek i tęsknię za swoimi wierszami, które swojego czasu kupowałam i zdobywałam gdzie się tylko da, wszystko zapakowane jest w kartonach i czeka na czas przeprawy za ocean. Ale będę szukać w innych źródłach i doceniam dzisiaj internet. Tu można znaleźć wszystko.
Wywiad tu: Czytajcie poetów, bo zginiecie (KLIK)
środa, 3 lutego 2016
Trzeba potłuc sobie paluchy
Szczęście wymaga dyscypliny. Żeby w ogóle dojść do poziomu sztuki, trzeba się nauczyć robić rzeczy proste. I umieć cieszyć się samym procesem. Żeby coś wyrzeźbić, trzeba nauczyć się trzymać dłuto i młotek, trzeba się pobrudzić, potłuc sobie paluchy. Każde marzenie składa się z czynności z nim związanych. Ta świadomość jest bezcenna. To podstawa sukcesu. Jeśli chcemy się czymś zająć na serio, dyscyplina i akceptacja, trwanie w dyskomforcie, ciekawość procesu, szacunek do siebie i swoich emocji są niezbędne. Samo patrzenie w cel nie wystarczy.
Małgorzata Marczewska
Wywiad dla Zwierciadła sprzed kilku lat
Małgorzata Marczewska
Wywiad dla Zwierciadła sprzed kilku lat
Łubin
Stały. Coś oznaczały. Samym swoim staniem
I gotowością. Każdy z nich wyniosły,
Niedostępny. Lecz był, stał, pewny niezachwianie.
Kwiat zórz polarnych, granatowych nocy.
Najpierw torebka nasion, różowość i lazur.
W niej - sypkość szczypty szeptu, obietnic rychłych
Wież łubinu: erotyków przyszłego czasu,
muśniętych niebem za to, że spod ziemi wyszły.
Pastelowość tych wież, ich stożkowatość obła!
Przez całe nasze lato, mimo groźby ścięcia,
Z każdym dniem blednąc, nie ustępowały pola.
I nic z tego nie było czymś nie do pojęcia.
Seamus Heaney, Światło Elektryczne
Tłumaczył Stanisław Barańczak
Wydawnictwo Znak, 2003
I gotowością. Każdy z nich wyniosły,
Niedostępny. Lecz był, stał, pewny niezachwianie.
Kwiat zórz polarnych, granatowych nocy.
Najpierw torebka nasion, różowość i lazur.
W niej - sypkość szczypty szeptu, obietnic rychłych
Wież łubinu: erotyków przyszłego czasu,
muśniętych niebem za to, że spod ziemi wyszły.
Pastelowość tych wież, ich stożkowatość obła!
Przez całe nasze lato, mimo groźby ścięcia,
Z każdym dniem blednąc, nie ustępowały pola.
I nic z tego nie było czymś nie do pojęcia.
Seamus Heaney, Światło Elektryczne
Tłumaczył Stanisław Barańczak
Wydawnictwo Znak, 2003
poniedziałek, 1 lutego 2016
Season of disbelief
It won't work (...) No matter how hard you try to be what you once were you can only be what you are here and now. Time hypnotizes. When you're nine, you think you've always been nine years old and will always be. When you're thirty, it seems you've always been balanced there on that bright rim of middle life. And then when you turn seventy, you are always and forever seventy. You're in the present, you're trapped in a young now or an old now, but there's is no other now to seen.
Ray Bradbury, Stories. 100 of his most celebrated tales
William Morrow Paperbacks, 2005
czwartek, 21 stycznia 2016
I ciągle widzę ich twarze
...
I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę -
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze.
Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.
Jak sztuka jest sztuką moją,
melodię słyszę choralną,
jak rosną w burzę nawalną,
w gromy i wichry się zbroją.
W gromach i wichrze szaleją
i gasną w gromach i wichrze -
w mroku mdlejące i cichsze -
już ledwo, ledwo widnieją -
znów wstają - wracają ogromne
olbrzymie, żyjące - przytomne
Grają tragedię mąk duszy
w tragicznym teatru skłonie,
żar święty w trójnogach płonie,
i flet zawodzi pastuszy.
Ja słucham, słucham i patrzę -
poznaję - znane mi twarze,
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze!
Stanisław Wyspiański, I ciągle widzę ich twarze
Wydawnictwo: Wolne Lektury
I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę -
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze.
Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.
Jak sztuka jest sztuką moją,
melodię słyszę choralną,
jak rosną w burzę nawalną,
w gromy i wichry się zbroją.
W gromach i wichrze szaleją
i gasną w gromach i wichrze -
w mroku mdlejące i cichsze -
już ledwo, ledwo widnieją -
znów wstają - wracają ogromne
olbrzymie, żyjące - przytomne
Grają tragedię mąk duszy
w tragicznym teatru skłonie,
żar święty w trójnogach płonie,
i flet zawodzi pastuszy.
Ja słucham, słucham i patrzę -
poznaję - znane mi twarze,
ich nie ma - myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze!
Stanisław Wyspiański, I ciągle widzę ich twarze
Wydawnictwo: Wolne Lektury
Krótko o pewnej hisorii
Jacek Ostrowski popełnił książkę, a wydawnictwo Prozami pozwoliło jej się ukazać. Posiadłość w Portovenere należy do serii Mroczne tajemnice i właśnie w tym temacie utrzymana jest stylistyka powieści.
Wszystko fajnie. Naprawdę. Przyjemna lektura, gdzie czas spokojnie sobie leci. Poruszony temat sumienia i zemsty jest ciekawie przedstawiony. Jestem wdzięczna autorowi za brak rozwinięcia naiwnej historii pewnego zauroczenia. Przyszła mi taka myśl do głowy, że miłoby było spędzić sobie czas w Portovenere, poleżeć na plaży, popatrzeć w morze, wygrzać się na słońcu. Pić wino i poznawać historie mieszkańców włoskiego miasteczka. Podobała mi się ta opowieść.
Ale pytam się: gdzie był edytor i korektor? We wszystkich książkach ważne jest to, aby nie było błędów, wpływa to na odbiór tekstu. Czemu główna bohaterka jest taka głupia? Już dawno nie czytałam powieści, gdzie ktoś mnie tak strasznie irytował w każdym momencie pojawienia się. Gdzie jest groza? Jeżeli seria nazywa się Mroczne tajemnice to chyba powinnam dostać chociażby trochę ciarek na plecach. Dlaczego dialogi są takie ... sztuczne? Miałam wrażenie, że są pisane bardzo na siłę.
Czegoś tu brakowało i coś poszło nie w tą stronę, co trzeba. I szkoda, że tak się stało. Ta historia zawiera w sobie potencjał na ciekwasze jej przedstawienie. Porusza temat o którym na co dzień się nie myśli, który dotyczy każdego człowieka. I konsekwencji dokonanego wyboru.
Jacek Ostrowski, Posiadłość w Portovenere
Wydawnictwo: Prozami, 2012
Seria: Mroczne tajemnice
Wszystko fajnie. Naprawdę. Przyjemna lektura, gdzie czas spokojnie sobie leci. Poruszony temat sumienia i zemsty jest ciekawie przedstawiony. Jestem wdzięczna autorowi za brak rozwinięcia naiwnej historii pewnego zauroczenia. Przyszła mi taka myśl do głowy, że miłoby było spędzić sobie czas w Portovenere, poleżeć na plaży, popatrzeć w morze, wygrzać się na słońcu. Pić wino i poznawać historie mieszkańców włoskiego miasteczka. Podobała mi się ta opowieść.
Ale pytam się: gdzie był edytor i korektor? We wszystkich książkach ważne jest to, aby nie było błędów, wpływa to na odbiór tekstu. Czemu główna bohaterka jest taka głupia? Już dawno nie czytałam powieści, gdzie ktoś mnie tak strasznie irytował w każdym momencie pojawienia się. Gdzie jest groza? Jeżeli seria nazywa się Mroczne tajemnice to chyba powinnam dostać chociażby trochę ciarek na plecach. Dlaczego dialogi są takie ... sztuczne? Miałam wrażenie, że są pisane bardzo na siłę.
Czegoś tu brakowało i coś poszło nie w tą stronę, co trzeba. I szkoda, że tak się stało. Ta historia zawiera w sobie potencjał na ciekwasze jej przedstawienie. Porusza temat o którym na co dzień się nie myśli, który dotyczy każdego człowieka. I konsekwencji dokonanego wyboru.
Jacek Ostrowski, Posiadłość w Portovenere
Wydawnictwo: Prozami, 2012
Seria: Mroczne tajemnice
środa, 20 stycznia 2016
Opowieść z Wyspy Lewis
Zawsze wydawało mi się, że szkockie wyspy wyróżniają się wśród wszystkich innych swoją tajemniczością, samotnością, odcięciem od świata i zamnkiętym społeczeństwem. Nie inaczej jest w powieści Petera May'a Czarny dom. Główny bohater, inspektor, tak jak większość bohaterów policjantów ma zasobą tragiczne doświadczenia. Poznajemy go w momencie, kiedy próbuje poskładać swoje życie, ale to życie cały czas mu się wymyka. Przychodzi jednak taki moment, że musi on wrócić do służby.
Wyspa Lewis. Pełna wiatru, deszczu, chłodu. Z ludźmi, którzy nie zawsze potrafili mieć odwage ją opuścić. Zamknięci w swojej smutnej przestrzeni patrzą jak ich życie biegnie, ale się nie zmienia. Pewna stałość. Można by pomysleć, że wszyscy znają swoje sekrety. Że każdy wie czego może się spodziewać po swoim sąsiedzie. Ale szkockie wyspy lubią tajemnice i potrafią ich strzec.
Czarny dom na skale An Sgier. Próba dla młodych chłopców i ich szansa na stanie się mężczyznami. Krwawa inicjacja w tle której słychać lament ptaków. Czarny dom, gdzie życie toczy się inaczej. Skała, na której grupa mężczyzn staje się jednością i poza którą żadne wydarzenia nigdy się nie wydostaną. Grupa elitarna, którą każdy mieszkaniec wyspy szanuje.
Czarny dom jest powieścią poruszającą tematy, o których trudno rozmawiać. Które są doświadczane na co dzień, za zamkniętymi drzwiami we wszystkich miastach świata. Co nas kształtuje? Jak bardzo nasze wspomnienia potrafimy wypierać jeśli sprawiają nam ból i mogą rozdrapywać rany? Czy potrafimy tak poukładać nasze życie by stało się ono pogodzone z całym bagażem jaki nosimy?
Książka Petera May'a jest jedną z tych, które próbują odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Czuje się smutek tej wyspy i jej mieszkańców. Czy porusza? Moim zdaniem tak, chociaż czasami za dużo jest tam dramatu jednego człowieka. Autor trochę przesadził tak bardzo doświadczając swojego bohatera.
Mam także jeden zarzut do wydawnictwa. Proszę Państwa, to nie jest kryminał. Po opisach i recenzjach oczekiwałam od tego tytułu czegoś supełnie innego. Więcej działania, więcej tajemnic do rozwiązania. To jest natomiast dramat głównego bohatera, gdzie morderstwo jest tylko punktem wyjścia do jego historii i tak właśnie ta książka powinna być przedstawiana.
Peter May, Czarny dom
Tytuł oryginału: The blackhouse
Tłumaczył: Jan Kabat
Wydawnictwo: Albatros, 2014
Wyspa Lewis. Pełna wiatru, deszczu, chłodu. Z ludźmi, którzy nie zawsze potrafili mieć odwage ją opuścić. Zamknięci w swojej smutnej przestrzeni patrzą jak ich życie biegnie, ale się nie zmienia. Pewna stałość. Można by pomysleć, że wszyscy znają swoje sekrety. Że każdy wie czego może się spodziewać po swoim sąsiedzie. Ale szkockie wyspy lubią tajemnice i potrafią ich strzec.
Czarny dom na skale An Sgier. Próba dla młodych chłopców i ich szansa na stanie się mężczyznami. Krwawa inicjacja w tle której słychać lament ptaków. Czarny dom, gdzie życie toczy się inaczej. Skała, na której grupa mężczyzn staje się jednością i poza którą żadne wydarzenia nigdy się nie wydostaną. Grupa elitarna, którą każdy mieszkaniec wyspy szanuje.
Czarny dom jest powieścią poruszającą tematy, o których trudno rozmawiać. Które są doświadczane na co dzień, za zamkniętymi drzwiami we wszystkich miastach świata. Co nas kształtuje? Jak bardzo nasze wspomnienia potrafimy wypierać jeśli sprawiają nam ból i mogą rozdrapywać rany? Czy potrafimy tak poukładać nasze życie by stało się ono pogodzone z całym bagażem jaki nosimy?
Książka Petera May'a jest jedną z tych, które próbują odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Czuje się smutek tej wyspy i jej mieszkańców. Czy porusza? Moim zdaniem tak, chociaż czasami za dużo jest tam dramatu jednego człowieka. Autor trochę przesadził tak bardzo doświadczając swojego bohatera.
Mam także jeden zarzut do wydawnictwa. Proszę Państwa, to nie jest kryminał. Po opisach i recenzjach oczekiwałam od tego tytułu czegoś supełnie innego. Więcej działania, więcej tajemnic do rozwiązania. To jest natomiast dramat głównego bohatera, gdzie morderstwo jest tylko punktem wyjścia do jego historii i tak właśnie ta książka powinna być przedstawiana.
Peter May, Czarny dom
Tytuł oryginału: The blackhouse
Tłumaczył: Jan Kabat
Wydawnictwo: Albatros, 2014
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





