Szczęście, jak wiadomo, ma wiele definicji. Moje szczęście to biblioteka i książki, bez tego jak bez powietrza. Dzisiaj mogłam wreszcie zapisać się do islandzkiej biblioteki, która połączona jest z centrum kultury i tworzy wspaniałą całość.
Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.
Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman - Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.
Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór. Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.
Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.
Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.
Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz