Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli rozproszone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli rozproszone. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

poniedziałek, 5 lutego 2018

The conclusion is: no elephants in my kitchen

Wypiłam dzisiaj dwie kawy. Musiałam szybko wybiec z psami na spacer o poranku. Nauka angielskiego idzie mi jak krew z nosa. W pracy jeden człowiek z opóźnieniem zarejestrował kabel od odkurzacza i zaliczyłby bliskie spotkanie z dywanem. Troszkę czytam, ale tylko troszkę. W zeszłym roku dwie książki były naprawdę godne uwagi. Dalej chce mi się kawy. W nocy nie spałam dobrze. Nie piszę nic. W przeciągu ostatnich 365 dni zgubiłam wszystkie moje ambicje i zrobiłam się wiecznie senna. Wieje za oknem i sypie śniegiem. Mamy okres sztormowy. Mam zamiar skrobać w tym blogu, kiedy inny wisi w przestrzeni. Tęsknię za dziadkiem i żałuję, żałuję, żałuję, że nie doceniałam go, jak był i nie pytałam o nic (ta głupia młodzieńcza buta, ta pewność, że wie się wszystko i nic więcej nie trzeba). Tęsknię za Wrocławiem. Za M. i kawą u niej. Tęsknię za chodzeniem po bilet na D. N. Za letnimi ulicami pokrytymi deszczem. Za spacerem ulicą O. Za chowaniem sie na strychu i czytaniem pod ciemniejącym niebem (są takie chwile, że jestem jedną wielką tęsknotą za tym, co było). Wróciłam do poezji.

PS: Tytuł postu to zdanie w aplikacji do nauki angielskiego. Ta aplikacja ma wiele dziwnych zdań.

sobota, 20 maja 2017

Kilka słów o książce Stanisława Lema

Kilka dni temu dotarłam do biblioteki. Bardzo mnie ucieszył fakt, że wreszcie chce mi się coś zrobić. Wyjść gdzieś indziej niż do pracy czy na spacer z piesami. Tak więc dotarłam do biblioteki w centrum Rey i okazało się, że moja karta straciła ważność. Ani pożyczyć ani oddać (gdybym miała jakieś zaległości). I bardzo mi się podoba forma blokady konta, ponieważ czytelnik jeśli chce korzystać musi zapłacić abonament na kolejny rok i dzięki temu wspiera bibliotekę. Z tego co się orientuję to w Polsce taka blokada na razie nie funkcjonuje (nie w tych bibliotekach, które znam), a szkoda. 

Pożyczyłam książkę Stanisława Lema Rasa drapieżców. Są to teksty autora, które ukazywały się w Tygodniku Powszechnym w latach 2004/2006. Ciekawa lektura. W tym czasie kończyłam technikum, pisałam maturę, poznałam D., nie zastanawiałam się nad tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. A teraz widzę, że działo się dużo. Śmierć Miłosza, śmierć polskiego papieża, w rządzie Liga Polskich Rodzin, Samoobrona i trochę mniej szalona niż teraz partia Jarosława Kaczyńskiego. Rosja zbliża się do Niemiec, a Niemcy do Rosji. W Stanach odbywa się kampania prezydencka, gdzie już wiemy, że na drugą kadencję został wybrany Bush junior. Polska była najmłodszym członikiem Unii Europejskiej. 

Lem dużo widział. Wiadomości czerpał nie tylko z polskich mediów, ale także z zagranicznych. Analizawał, zastanawiał się i wyciągał z tego wszystkiego swoje własne zdanie, swoje własne myśli. I to, co widział nie napawało go optymizmem, a o przyszłości pisał raczej z dużym dystansem. Cały czas coś czytał, czy to magazyny literackie czy książki i magazyny historyczne. Często wspomina o Piłsudskim, jako ostatnim człowieku, który martwił się o Polskę. Śmierć Miłosza była dla niego jak zawalenie się potężnej góry, filaru na którym opiera się kultura. Wspomina także o odejściu Jana Pawła II. Przypomniało mi się, że na kilka dni przed jego śmiercią byłam na wycieczce do Częstochowy i powoli dochodziły do nas wiadomosci, że ten wielki wtedy dla mnie człowiek umiera. Pamiętam, że wiele kościołów zostało otwartch na nocne czuwanie, że ludzie w jakiś sposób się połączyli na tą jedną krótką chwilę. Że w tym smutku było jednak coś dobrego. To zaskakujące, że człowiek może sobie przypomnieć nagle tak odległe momenty. 

Nie skończyłam jeszcze Rasy drapieżców, ale już teraz uważam, że warto sięgnąć po ten tytuł. Chociażby dla popatrzenia się w przeszłość i porównania tego, co Lem pisze do tego, co dzieje się teraz.  

"Robactwo reklam, które w straszliwych ilościach powyłaziło we wszystkich telewizjach światowych napawa mnie niesmakiem. Charakterstyczne, że dotyczą tego, co się je i pije albo czym się człowiek myje, o żadnym życiu umysłowym nie ma mowy" 

"Jako zniewoleni w Peerelu, marzyliśmy o Zachodzie jako krainie wszelkich zaspokojeń. Kiedy tam wleźliśmy, okazało się, że wcale nie jest tak pięknie tylko dlatego, że i tam sa biedni oraz silna stratyfikacja społeczna. Przede wszystkim dlatego, że kultura bardzo w całości osłabła, a jej obecność w życiu społecznym stała się mizerna"

niedziela, 30 kwietnia 2017

Myśli rozproszone

Co trzeba zrobić by polubić nowe miejsce do życia?
Mieszkam w Rey od jedenastego stycznia zeszłego roku.
Mieszkałam w samym centrum miasta, teraz mieszkam na jego przedmieściach.
Czuję się tu lepiej niż w Gdyni. Ale jednak Gdyni mi brakuje.
Dlaczego? Bo było cieplej? Więcej słońca? Więcej drzew? Więcej ludzi na ulicach?
W Gdyni padał ciepły wiosenny deszcz. Tutaj sieka po twarzy gradem.
Zaczynają się białe noce. O dwudziestej drugiej jeszcze jest jasno.
Dziwnie mi tak.
Byłam wczoraj na spacerze z piesami i pozwoliłam sobie zgubić drogę mając świadomość, że i tak trafię do domu.
Ładnie było, połaziliśmy sobie, pooglądaliśmy domy. Piesy poczuły nowe zapachy i próbowali zaprzyjaźnić się z dziką gęsią, bez wzajemności. Króliki też nie wykazały nami zainteresowania.
Przez chwilę wydawało mi się, że jestem znowu w Sopocie. Może przez to, że słońce tak świeciło i pachniało podobnym jedzeniem, jakie gotował D. wieczorami?
Chodziliśmy ponad godzinę i było dobrze.
 Ale to jeszcze nie jest dom. I zastanawiam się czy kiedykolwiek będzie.
Czy jakiekolwiek inne miejsce nazwę domem. 





czwartek, 27 kwietnia 2017

Myśli rozproszone

Książka tradycyjna. Papier, okładka, zapach fabry drukarskiej, czasami ilustracje. Zagięte rogi. Podkreślone ołówkiem zdania. Notatki na marginesach. W zeszłym roku niewiele przeczytałam książek, które mogłam trzymać w rękach i cieszyć się zwykłym przewracaniem stron. W tym roku, a jest już prawie maj to były całe dwa woluminy. Ważne podwójnie ponieważ dostałam je od moich dilerek. Przywiezione z Polski, pochowane w płaszczach, upchnięte w walizkach. Dilerki wiedzą, czego potrzeba mi do życia.

...

W Rey pada śnieg. Przez chwilę świeciło słońce, ale była to chwila krótka, jak mgnienie. Lampki, które kilka dni temu zamontowałam przy oknie rozpraszają szarość pokoju. Pachnie trzecią kawą z karmelowym likierem i mokrym psem. Brakuje mi Franka. Brakuje Wincenta. Bez kota domy są puste, mieszkania zimne. 

...

Mitologia nordycka Neila Gaimana za mną. Nie zgorsze to opowiastki. Dobrze się bawiłam czytając o bogach Asgardu. Jednak w głowie miałam myśl, że to przebiegłe istoty, które nie lubią mądrzejszych i sprytniejszych od siebie. Jak człowiek. Trochę to wszystkie jednak za krótkie było. Niedosyt czuję. I tak dochodzę do wniosku, że wreszcie do Amerykańskich bogów trzeba wrócić.

...





środa, 8 lutego 2017

Sen

Gra na skrzypcach skoczną melodię. Gdzieś na krańcu świata, w jakimś starym pubie. Wszędzie drewno i cegła. I ogień i ciepło. Jest wczesny wieczór. Poprosiłam o kawę. Ogrzewam dłonie o kubek, duży i pełny intensywnego naparu. Zapach sprawia, że się uśmiecham. To taka prosta chwila, taka dobra. Nie chcę nic więcej. Tylko tej skocznej muzyki, tego chłopca i tej kawy. Za oknem wiatr porywa drzewa, liście i gałęzie. Przez niego plączą się nogi i wpadają na siebie ludzie. Drga światło latarni. Cienie wydają się dłuższe i straszniejsze. Coś jednak unosi się w powietrzu. Może to zapowiedź zmiany? Może to nadchodzący mrok ogłasza swoje dłuższe przybycie? Może ta noc nigdy się nie skończy i z portowego miasteczka nie wypłynie już żadna łódź? Wydawało mi się, że słyszę bicie kościelnych dzwonów. Ale tutaj, w środku nikt nie wydaje się tym poruszony. Tym wiatrem, tą nocą, tymi dzwonami. Muzyka swoje drganie przenosi do krwiobiegu, porusza serce. Światło środka ukrywa kontury. Nie wyostrza, tylko wygładza. To niesamowite, jak nagle można się poczuć wolnym. Może to stan krótkotrwały. Może po nim przyjdzie ciemność i rozpacz. Może nie stanie się nic.

czwartek, 19 stycznia 2017

Myśli rozproszone

Czasami wydaje mi się, że należę do zupełnie innego miejsca.
Do miejsca w którym nigdy nie byłam.
Kiedy zamykam oczy mam przed sobą zielone wzgórza.
Lasy. Klify. Ocean. Ogromne otwarte przestrzenie.
Wieje wiatr. Pada deszcz. I ktoś gra na skrzypcach.
Mogę iść przed siebie. Być. Nie myśleć o tym, co dzieje się w życiu. Nie bać się tego, co będzie. 
Mogę mijać stare cmentarze, opuszczone kościoły, ruiny dawnych czasów.
I wszystko będzie w porządku. Wszystko będzie na swoim miejscu.

niedziela, 25 grudnia 2016

Na Nowy Rok

Przykazania Leszka Kołakowskiego:
Po pierwsze przyjaciele.

A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Mierzyć siebie swoją własną miarą.
Zrozumieć swój świat.
Nie pouczać.
Iść na kompromisy ze sobą i światem.
Godzić się na miernotę życia.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

wtorek, 22 listopada 2016

Wieczorem

Zaskakujące: ładna pogoda mnie smuci, zachmurzone, ciężkie i stalowe niebo poprawia mi humor.
Podoba mi się, kiedy pada śnieg. Lubię ciemność za oknem do godziny dziesiątej rano.
Chciałabym pić kawę o północy i mieć czas na czytanie książek wtedy, kiedy muszę spać.

Oglądałam wywiad Michała Nogasia i Andrzeja Stasiuka zamieszczony na stronie Gazety Wyborczej i tak bardzo mi się podobał. "Świat masz ze sobą" powiedział Stasiuk. I jeszcze kilka innych, prostych i mądrych rzeczy. Zatęskniłam za lasem i łanami zbórz, polami i wiatrem. Nie takim, co znosi na boki, tylko takim, który otrzeźwia duszę.

Mam w głowie zdanie: system naczyń połączonych.
Przypomniał mi się wiersz Przemiany Czechowicza.
Jesteś system mechanicznie doskonały. I nagle coś się zepsuło
Na ścianach fragmenty zdań, niektóre wyrwane z kontekstu.
Wiersz Szymborskiej, kilka zdjęć.
Codziennie wpatruję się w obraz Arnolda Bocklina, jego autoportret, gdzie Śmierć mu gra na skrzypcach.
I na mały obrazek Marysi z Jezuskiem. Na jego odwrocie krótka modlitwa za tego, co odszedł.

Tęsknie i zastanawiam się, co dalej.
Ostatni tydzień pełen snu, nie takiej muzyki, nie takiej ciszy.
Jakbym śniła na jawie: otwarte oczy, a głowa śpi.

Nie czytam. Trochę oglądam.
Śnią mi się książki, dziwne księgarnie i biblioteki.
Twarze, których nigdy nie widziałam.
Śnią mi się bajki, historie nieznane.
Śni mi się woda.

niedziela, 13 listopada 2016

Niedziela

Mówią - pisz. A ja chcę im powiedzieć, że nie umiem. Że te słowa to czysty przypadek.
Chwila, która się zdarzyła w głowie i została wylana na zewnątrz.
Jest tak: pada deszcz, a ja niekoniecznie wiem, co chcę dzisiaj robić.
Chciałabym tyle rzeczy ogarnąć, a jedyne na co mam ochotę to przytulić się do poduszki i światu powiedzieć dobranoc.
Ale ... nie po to w piątek wprowadziłam zamieszanie, żeby przespać dzień.
Więc będę dzisiaj znowu upstrzona zieloną farbą, być może także i złotą. Być może coś wyjdzie wreszcie z tej papierowej wikliny. Być może wreszcie uzupełnię bloga z tymi książkami. Być może rozpiszę się w kalendarzu. Dokończę czytać komiks. Zaparzę drugą kawę.

Jest niedziela, godzina dziesiąta czterdzieści. Za oknem mrok i deszcz i trochę wiatru.
Muzyka: Jamie Cullum. Później pewnie Diana Krall. Później Chat Baker.
Bo w głowie zawsze Wrocław. 

wtorek, 23 sierpnia 2016

Koty i książki. Wpis osobisty

Nawet nie wiedziałam, jak bardzo brakuje mi książek. Mam na myśli książki tradycyjne, mające swoje własne losy, swoją własną opowieść. Zdobywane z różnych źródeł, od różnych ludzi. Książki antykwaryczne, prezenty, wyszukiwane przez lata pojedyńcze tytuły kiedyś zapisane na karkach, w notesach, innych książkach. Pogryzdane ołówkiem, z zagiętymi rogami, zapomnianymi zakładkami, zdjęciami  i notatkami na biletach.

Będąc w Polsce przez kilka dni widziałam swoje książki zapakowane w kartony. Myśl, że musi minąć jeszcze tak dużo czasu zanim znowu będę mogła ułożyć je na półkach, przypomnieć sobie, że "O mój Boże, to ja to mam?!", wsadzić nos między strony - to jest coś w rodzaju grozy spotęgowane jeszcze przez bycie tak daleko i strach, że przy przeprowadzkach tak wiele rzeczy znika.

Te wszystkie moje książki to też wspomnienia. Teraz, kiedy jestem już w "moim nowym domu", gdzie wszystko zaczynam "jeszcze raz" brakuje mi czegoś, co jest tak bardzo moje. Ostatnie dni były niesamowicie trudne dla mnie. Straciłam swojego kota, drugi jest poważnie chory i nie wiadomo, co będzie. Cały czas wiszą te ciężkie myśli, że będzie trzeba podjąć decyzję o tym, że uśpienie będzie dla niego najlepszym wyborem. I że mnie przy nim najprawdopodobniej nie będzie.

Moje książki i koty to jedna opowieść. To ten czas, kiedy czytałam dużo i kocury zawsze były gdzieś blisko mnie. Vincenty leżał zaraz obok i burczał. Franciszek uwielbiał kłaść się na tym, co akurat czytałam i udowadniać, że to on jest ważniejszy, a nie zbiór tych wielu słów. Kiedy kładłam się na łóżku lub siadałam w fotelu było kwestią czasu, kiedy poczuję delikatny skok i moszczenie się któregoś z nich na brzuchu. Ten niesamowity koci pomruk kiedy ledwo pogłaskałam grzbiet. Przy Vincentym zawsze się martwiłam, że mi zaślini kartki w czasie mruczenia. Franek w złości na mnie, patrząc mi prosto w oczy, zrzucał książki z półek i biurka. Niesamowicie inteligentny zwierz. Wiedział, że to od razu zmusi mnie do wstania i zrobienia tego, czego akurat żądał. Nie wspominam o książkach przez niego w złości pogryzionych i podrapanych. Te wszystkie chwile są odbite na kartakch z papieru. Tyle wspomnień i czasu, który upłynął. Tak wiele zmian, radości i rozczarowań. Minuta po minucie, strona za stroną.

W nowym domu mam kilka książek. Będąc teraz w Polsce dostałam wspaniały prezent i mój malutki zbiór wzbogacił się o trzy wspaniałe i chciane przez mnie tytuły. Osoba, która mi to sprezentowała tak bardzo mnie zaskoczyła i teraz tak bardzo ją za to uwielbiam. Dostałam także dwa czarne kubki, bardzo motywacyjne. Jak inaczej można zinterpretować dwa zdania, które na nich widnieją - książka sama się nie przeczyta, kawa sama się nie wypije. Kotów brakuje bardzo. Parapety wydają mi się bardziej puste, podłoga bardziej czysta, cisza bardziej odczuwalna, kiedy wiem, że ich tu po prostu nie bedzie. I czytanie przez bardzo długi czas także będzie inne, o ile w ogóle będę teraz czytać.
  
Czy dom bez kota - najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego - zasługuje w ogóle na miano domu?
Mark Twain

sobota, 23 lipca 2016

Ostatni łyk kawy

Erich Maria Remarque ustami swojej bohaterki zapytał kiedyś
Gdzie jest moja pierwsza twarz? Twarz sprzed wszystkich luster?
Idziesz ulicami nowego miasta. Witryny pozwalają zobaczyć nowe modele sukienek i twoje odbicie. Patrzysz i oceniasz: jaka ta sukienka ładna i jaka brzydka ja. Za gruba / za chuda, za niska / za wysoka, o za jasnym / za ciemnym kolorze skóry. Nie takie kształty ciała by ładnie w tym skrawku materiału wygladąć.

Tak dużo kawiarni, tak mało pieniędzy. Rzeka ludzi podąża w każdym kierunku. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kogo można zatrzymać i zapytać o stan świata. Kolor nieba. Ciężkość chmur.

Ocean pokryty jest mgłą. Biała ściana zakrywa góry. Chłód bije od wody i zaraz może zerwać się wiatr. Nie masz przeciwdeszczowego płaszcza w żółtym kolorze, ale to jest w porządku, to ci nie przeszkadza. Nawet chcesz zmarznąć i zmoknąć bo wiesz, że jak wrócisz do domu zrobisz sobie gorący napar i ogrzejesz dłonie o kubek. Zdejmiesz z siebie przesiąknięte deszczem rzeczy i ubierzesz to, w czym czujesz się tak bezpiecznie. Co pachnie domem, twoim partnerem i kotem. Lub samotnością.

Ostatni łyk kawy jest zimny. Za długo siedziałaś na parapecie i patrzyłaś w to, co jest za oknem. Co widziałaś? Domy i drzewa? Czy inny czas i inną siebie? Co czułaś? Czy na tafli szkła pojawił się dwój oddech i czy w jego obecności mogłaś napisać to, o czym chciałabyś zapomnieć? Delikatnie poruszając palcami tworzyłaś znaki liter, symbole które ułożone w słowa określają twoją rzeczywistość: to, co było, co jest i co może być.

Nie wiesz, co będzie. Mówią, że liczy się tu i teraz. Ale to nie tak, to nie jest takie proste. Przecież te wszystkie minuty które były przed chwilą, kilka dni temu, kilka lat wstecz - są ważne. Pamiętasz, jak byłaś dzieckiem i uciekłaś poza przystań domu, a twoje bose stopy dotykały rozgrzanego latem chodnika. Był wieczór i świat wydawał się bezpieczny. Dziadek pracował w ogrodzie, był czas wieczornej bajki, brat i siostra gdzieś w mieście spotkali się z przyjaciółmi. Pamiętasz, jak wtedy świeciło słońce, jak było ciepło i jak cudownie smakowały brzoskwinie.

A teraz jesteś tutaj. W nienazwanym mieście. W szarości wieczoru. Siedzisz i czekasz. Nie wiesz tylko, na co.

sobota, 16 lipca 2016

Sen

- Uciekałaś?

Tak. Od kilku tygodni śni mi się ucieczka. Z różnych miejsc. Przed różnymi ludźmi. Przed czymś, czego nie widać. W tych snach pojawia się obraz, za każdym razem. Obraz z człowiekiem, który musi w nim żyć. Porusza się, wyciąga z niego ręce. Może cię złapać i udusić. Może opowiadać. Czasami mówi bardzo głośno o moich snach w tym śnie. Tło obrazu jest ciemne, przypomina noc. Człowiek jest zrobiony z czarnego koloru. Nie ma rysów twarzy, nie widać jego oczu. Kiedy otwiera usta jest równie czarny jak całe jego ciało. Kiedy przechodzę obok, a on milczy to i tak czuję, że patrzy, bacznie obserwuje, sprawdza każdy mój krok. Mam wrażenie, że może widzieć przez ściany, może widzieć to, co robię w każdym momencie i nie ważne jest, gdzie wisi obrazi, a gdzie jestem ja. 

- Pamiętasz coś jeszcze?

W jednym ze snów byłam w wieży. Nie wiem, jak mam ją opisać. Była zbudowana z piaskowca, ale na modłę współczesną. Dużo szkła, wielkich okien. Przechodząc przez korytarze można było czuć promienie słońca na skórze lub chłód deszczu. Wieża była wysoka, widok z jej najwyżeszgo punktu ukazywał całe miasto. Można było chodzić schodami, można było jechać windą. Na około poruszało się dużo ludzi, chociaż był wieczór. W gabinetach odbywały się jeszcze jakieś późne spotkania. Pamiętam, że stałam na korytarzu i ktoś mnie wołał. Po imieniu. I nagle poczułam, gdzieś głeboko w sobie, że muszę się schować, że nie wolno mi iść w stronę wołającego. Zaczęłam biec schodami w dół, sprawdzając czy drzwi po drodze są otwarte. Po kilku piętrach wreszcie jedne z nich się otworzyły. To chyba była część socjalna dla pracowników. Kuchnia, toalety, dużo szaf, wieszaków z ciuchami. Rozgardiasz dnia codziennego, kiedy nikt nie ma czasu odkładać rzeczy na miejsce. Wpada się tam tylko szybko coś zjeść, napić się kawy, ochlapać twarz wodą przed kolejnym szaleńczym dniem. I stało się tak, jak na kiepskim horrorze klasy b, c i d gdzie głupia dziewczyna chowa się w najbardziej oczywistym miejscu. I nagle zmienia się punkt widzenia. Nie patrzę już swoimi oczami tylko kogoś z boku. Widzę siebie zamkniętą w toalecie, z nogami przyciśnietymi do reszty ciała, tak by nie było widać stóp, kiedy ktoś zagląda od dołu. Widzę twarz człowieka, który mnie wołał. Widzę, ż on wie, że tam jestem. Widzę uśmiech na jego twarzy, kiedy rozumie, że już nie musi mnie szukać. Udaje jednak, że nie wie nic. Niby zagląda, szuka i woła, ale z teatralną gładkością. Wychodzi, a ja w tej toalecie oddycham głęboko. Niepewna, ale już z jakąś czątką bezpieczeństwa w głowie, która mnie uspokaja. Patrząc z boku widzę, jak mężczyzna zamyka drzwi i mówi do kogoś, żeby obserwować wszystkie wyjścia z budynku i nie pozowolić mi wydostać się na zewnątrz. 

- Co czułaś?

A co powinnam czuć w takim momencie? Głupie pytanie ... Strach i przerażenie kiedy zbiegam po schodach, a wszystkie drzwi są zamknięte. Ekscytację i adrenalinę szumiącą w głowie i przyśpieszającą bicie serca. Radość, że wpadłam na drzwi i mogłam przez nie przejść i móc się gdziekolwiek schować.

- Był tam obraz, o którym opowiadałaś?

Tak, wisiał na jednym z pięter klatki. 

- Mówił coś? 

Nie, tylko obserwował. Z uśmiechem wyrażającym kpinę z mojej próby ucieczki. 

- Myślisz, że wiedział, kto cię próbuje złapać i po co? 

Zawsze wie. Zawsze wszystko widzi. Wydaje się nawet, że wszystko rozumie.

- Co masz na myśli mówiąc, że rozumie? 

(po chwili ciszy) Wydaje mi się, że ten obraz, w którym on jest zamknięty jest bardzo stary. Że on sam jest bardzo stary. Nie ma imienia, a może go po prostu nie pamięta. Jest w każdym moim śnie. Czasami, kiedy udaje mi się stanąć obok niego słyszę szum wody, jakby morze było gdzieś blisko i fale uderzały o brzeg. Czasami słyszę ptaki, chyba mewy i wiatr, który targa wszystkim, czego nie mogę zobaczyć, ale wiem, że tam jest. To jest tak, jakby ten obraz łączył dwa światy, które są bardzo daleko od siebie i nie mam tu na myśli tylko odległości ale także czas (...) Ten człowiek z obrazu jest w każdym śnie. Czasami widzę tylko jego fragment, czasami jakiś ruch na ścianie. A czasami pojawia się w całej postaci, na długo i mówi. Mówi o snach w moim śnie, o tym, co będzie się zaraz działo. Czasami po prostu mówi byle co i byle jak, wtedy nic nie rozumiem. A czasami ... czasami widzę jak chce wydostać się z tych ram, w których jest zamknięty. Wtedy czuję strach bo wiem, że wyciągnie po mnie ręce i nie będę uciekać tylko przed tym, co mnie goni, ale także przed nim samym (...) Ludzie szukają przewodników duchowych, doradców, psychologów, Boga. Kogoś lub czegoś, co pomoże im zdjąć z ramion chociaż część odpowiedzialności i będzie prowadzić przez życie. Właśnie z tym kojarzy mi się ta postać. Wie wszystko i nawet to rozumie, zna kolej rzeczy. W jakiś sposób próbuje mnie prowadzić, chociaż jest to szalone i nie ma w tym żadnego porządku. On nie jest dobry, wypełnia go szyderczość, nienawiść, złość, kpina i wiem, że mnie nie lubi. To takie proste uczucie, bardzo ludzkie i łatwo wyczuwalne. Ale nie ma wyboru. Jest tam dla mnie. 

- Dlaczego uciekasz? 

(bardzo długa chwila ciszy) Znasz zapach cynamonu? Jest piękny, po prostu. Cynamon mnie uspokaja, trochę jak narkotyk. To samo mam z kawą. Gorzką, mocną, matową. Kawa z cynamonem to jedno z najprzyjemniejszych połaczeń, jakie mogło zostać stworzone. Śni mi się zapach cynamonu i kawy. Śni mi się wielki hotel na dalekich rubieżach świata. Śni mi się pociąg, bardzo stary, w którym jadę. Siedzenia są z drewna, twarde i zimne. Okna przepuszczają wiatr. Nie ma przedziałów i jestem sama. Jest zmierzch, powoli pojawiają się gwiazdy. Po drodze, w miastach większych i mniejszych światła pokazują stare domy, puste chodniki i samotność. Czasami przebiega pies, czasami kot. Ale tymi drogami nie jedzie żaden samochód, tymi chodnikami nikt nie idzie. Przy polach stoją słupy, łączą je liny. Może poprzez nie ktoś z kimś rozmawia. Może dzięki nim gdzieś świeci w czyimś domu naga żarówka i ktoś czyta książkę. Mam na sobie zieloną sukienkę i buty na obcasie. Brązowy płaszcz i ciemny kapelusz. Małą walizkę podróżną, a w niej kilka powieści i jakieś ubrania. Wiem, że jadę na stację na rubieżach, do miasta, które tam jest, ukryte gdzieś w czasie. I tego miejsca się boję. Boję się wysiąść z pociągu i wsiąść do samochodu, który na mnie czeka. Kiedy mój strach rośnie zamykam oczy i śnię. Sen w śnie. I wtedy wszystko się zmienia, a ja uciekam przed czymś innym, przed czymś równie nienazwanym jak ten hotel na rubieżach świata do którego podążam.

- Wiesz, że to tylko sny? Sny bardzo często nie mają sensu. 

Może masz rację. Ale przez nie mój cały rzeczywisty świat rozpada się na kawałki, jak potłuczone szkło. Kiedy nie śpię, myślę o tym, co mi się śniło. Co mam w głowie, że te sny są tak intensywne, że czuję zapachy, tyle emocji, w tym strach i przerażenie. Boję się zasypiać. Boję się na chwilę zamknąć oczy. Ostatnio zaczęłam przypatrywać się ścianom, mam wrażenie, że zaraz pojawi się na nich obraz lub cienie, które poruszają się nie tak, jak powinny. Idąc ulicą nieświadomie zmierzam w kierunku dworca. Wczoraj złapałam się na tym, że stoję na peronie i przyglądam się pociągom. Wracam do domu z mgłą w myślach. Piję kawę za kawą żeby zasnąć jak najpóźniej i staram się być jak najbardziej zmęczona. Żeby tylko zasnąć jak najszybciej i jak najszybciej się obudzić. Ale to nigdy nie działa, zawsze są sny. Różnica polega na tym, że czasami pamiętam z nich dużo, a czasami niewiele, tylko fragmenty. Ale serce zawsze bije tak samo szybko. I pościel jest zawsze tak samo wilgotna od potu. I ręce zawsze tak samo drżą..

niedziela, 20 marca 2016

Dlaczego tak bardzo lubię czytać Harry'ego Pottera ...

i dlaczego tak bardzo lubię wracać do książek już raz przeczytanych.

Skończyłam czytać pierwszą część przygód młodego czarodzieja, tym razem w języku angielskim. I muszę napisać, że J.K. Rowling stworzyła coś naprawdę niesamowitego. Można wiele rzeczy napisać i znaleźć wiele okreśeń na tą historię, ale nic nie zmieni faktu, że ta książka jest pełna magii. I w ogóle nie jestem zdziwiona, że dzieciaki tak na nią zareagowały. Bo to jest magia: czekać na wydanie każdej kolejnej części, ustawiać się w kolejce w księgarniach o północy, później czytać z wypiekami na policzkach i przeżywać tyle emocji, że w głowie się kręci. Trochę mniej szczęścia mają ci, którzy sięgneli po Harry'ego po wydaniu ostatniego tomu. Ale sama magia czytania pozostaje taka sama, niesamowita.

Czego tutaj nie ma? Bo ja odnoszę wrażenie, że w tej opowieści (mam na myśli całość) jest wszystko to, co ważne dla młodego człowieka. Przyjaźń, walka o bycie sobą, miłość i jej różne rodzaje, odwaga, poszukiwanie swojej drogi, strach, odrzucenie, samotność, śmierć, złość, frustracja i udowadnianie sobie, że możemy dać radę w każdej sytuacji mając obok kogoś, kto zawsze będzie nas wspierał, nie tylko  dobrym słowem, ale także krytyką.

Można negować wartość tych książek, mówić, że to komercyjny shit, dobra praca biura promocji. Że książka jest antykatolicka, szerzy okultyzm i namawia do czczenia szatana. Serio, można tak. Myślę jednak, że to jest cena niezrozumienia, nieumiejętność szukania między wierszami, nadinterpretacja i głupota. Moim zdaniem ta historia należy do tych, przy których trzeba określić swoje zdanie. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. I muszę się przyznać, że nie znam osoby, której Harry Potter byłby po prostu obojętny. Ale oczywiście mogę się mylić.

Kamień filozoficzny czytałam w którejś klasie technikum. Cała przygoda zaczęła się od koleżanki, która tak się wciągnęła, że na przerwach nie dało sie doczekać od niej jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania bo nos miała cały czas w książce. I mnie zainteresowało, jak historia przeznaczona dla dzieci może wcignąć osobę w wieku około siedemnastu lat. No i poszło. I się czekało na premierę każdego kolejnego tomu. Tak samo miałam z Mroczną Wieżą Stephena Kinga. Kiedy zaczęłam czytać były na naszym rynku wydane cztery pierwsze tomy, przed Bożym Narodzeniem w mojej osiedlowej bibliotece pojawiły się Wilki z Calla. I byłam tak namolna dla bibliotekarki, że pozwoliła mi wypożyczyć nowiutki egzemplarz, chociaż był on już odłożony dla innego czytelnika. To była nieprzespana noc. I to jest chyba moja ulubiona część całego cyklu.


To są dwie serie książek, do których wracam najczęściej. Mogę tu dołożyć jeszcze Władcę Pierścini, Flawię de Luce, Muminki, książki Marthy Grimes i pojedyńcze tytuły: Hrabiego Monte Christo, Mistrza i Małgorzatę, opowiadania Bradbury'ego, Bastion i To, Dumę i uprzedzenie, Hyperiona i Upadek Hyperiona, Ojca chrzestnego, Piknik na skraju drogi. Tak patrzę na ten spis i dużo tego jest. Ale są to tytuły dla mnie ważne, nie tracące nic ze swojego uroku, zawsze aktualne i zawsze jest w nich coś nowego do odkrycia. Nie wspominam o książkach, które przeczytałam w minionym roku i zachwyciły mnie równie mocno i też chcę przeczytać je jeszcze raz.

Nudzę się? Nie mam co robić z czasem? Przecież już je czytałam, po co jeszcze raz?
Mówi się, że przeczytanie nowej książki jest jak poznanie nowego przyjaciela. A przeczytanie jeszcze raz tej samej książki to jak spotkanie ze starym przyjacielem, który wie, że dobrze się znamy, ale nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Bardzo mi się podoba takie stwierdzenie, bo ja tak właśnie uważam. Dla mnie to nie jest strata czasu, ale ponowna przygoda, kolejne oczarowanie, znana już droga do innego świata. Że niby wiem, że jest tu bezpiecznie, ale niespodzianki i tak na mnie czekają. I to jest piękne. I za to uwielbiam książki.

niedziela, 13 marca 2016

Sen

Rano, kiedy wstaję, naciągam na siebie stary czarny poszarpany sweter. Zaparzam mocną kawę. Wybieram muzykę. Coś, co pasuje do godziny czwartej, kiedy świat za oknem śpi. Jest jesień, deszcz i wiatr. Ogrzewanie nie działa najlepiej. Gorący kubek ogrzewa dłonie. Stone Temple Pilots. Siadam na parapecie i patrzę na światła ulicy. Na most kolejowy, drzewa i rzekę. Czas leci spokojnie. Kot wskakuje obok, spogląda przed siebie. Ciche mruczenie.

Powrót tutaj był brakiem wyjścia. Zakończeniem szarpaniny. Tęsknotą, która boli.
Drewniana podłoga przepuszcza chłód. Okna nie są szczelne. Żarówki dają zamglone światło.
Książki nie mieszczą się na półkach. Wszędzie słychać najmniejszy szelest. Brakuje mebli.
Echo rozchodzi się po całym mieszkaniu. Jaśniejsze plamy farby na ścianach przypominają o tym, że kiedyś było tu inne życie.

Wszystko, co tu było - zniknęło. Odjechało wielkimi ciężarówkami.
Pozostało marzenie o tym, by odbić się od ziemi, spalić skrzydła w słońcu i utonąć.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że wiem dokąd iść, że świat nie pozwoli mi się zgubić.

Pamiętam czas, kiedy byłam młodsza i chodziłam codziennie wzdłuż rzeki. Dni były jasne, walkman działał, brat naprawiał słuchawki - pamiętam zapach lutowanych kabli. Ogród dziadka był jednym wielkim chaosem, każda roślina sama tworzyła swoje królestwo. Huśtawka z deski, dwa grube sznury na starym drzewie. Ściany z cegieł nagrzewały się słońcem, opierałam się o nie i czytałam. Trampki, flanelowe koszule, białe koszule męskie, spodnie z dziurami. Długie rude włosy, piegi, niebieskie oczy.

Jedno życie składające się z kilku światów, niekoniecznie takich, które łączą się ze sobą i pasują.
Miliony niespełnionych marzeń. Walizki, które są zawsze za bardzo napakowane, w których niewiele się mieści i z których nie chce się wywalać rzeczy. Miłość w czasach popkultury.

Przepraszam, zgubiłam się. Wróciłam do punktu wyjścia. Do miasta, które mnie tworzyło i wypełniało. Do wspomnień, które rozdrapują rany. Do tykania starych zegarów. Do dróg, które już dawno powinny być za mną. Zgubiłam się i nikt mnie nie prowadzi. Jestem sama, bez nikogo, nikogo nie potrzebuję, nie chcę i nie pragnę. Nie szukam. Jest jeszcze noc, kawa jest mocna i gorzka.

Nic nie zmienię. Będę tutaj trwać. Chodzić od jednego miejsca do drugiego. Zarabiać niewielkie pieniądze, szukać książek. Słuchać opowieści. Słuchać głośnych, pijanych krzyków, historii które być może nigdy się nie zdarzyły. Nie mówić. Patrzeć. Tak żeby nikt nie widział.

Biblioteka

Szczęście, jak wiadomo, ma wiele definicji. Moje szczęście to biblioteka i książki, bez tego jak bez powietrza. Dzisiaj mogłam wreszcie zapisać się do islandzkiej biblioteki, która połączona jest z centrum kultury i tworzy wspaniałą całość.

Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.




Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman -  Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.

Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór.  Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.

Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.


Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.

Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne! 

środa, 10 lutego 2016

Sen

Kiedy zmarła Miriam na Wyspie nie było już nikogo i dom stał pusty od kilkunastu lat. Tylko fale obmywały kamieniste brzegi. Stary Doyle powiedział, że może ze mną popłynąć. Nie widziałam go tak długo, a on w ogóle się nie zmienił. Może na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, dalej jednak chodził wyprostowany, dalej był silnym człowiekiem. Cichym i dumnym przywódcą małej społeczności. Kiedy byłam dzieckiem nosił mnie na rękach i opowiadał stare historie. Zawsze patrzył w oczy. Nigdy nie kłamał. To, co niewygodne zamykał w milczeniu. Tak jak teraz. Wyspa nie lubi słów. Nie znosi pytań. Nie chce obcych ludzi. Jedyne, co jest dla niej ważne, to wspomnienia, przed którymi nie można uciec. Będąc jej częścią za każdym razem, kiedy zamykamy oczy mamy pod powiekami obrazy tego, co było.

Przystań wydawała się pogruchorana.
Przy brzegu stała łódź Miriam.
Stara zniszczona łajba.
Zielona farba odpadała wielkimi płatami, widać już było przegniłe drewno.

Na wyspie rzadko kiedy było sucho. Deszcze i wiatry wypełniały dni. Mokra ziemia pochłaniała obute stopy. Nie ważne ile miałam lat, sukienki zawsze były ubłocone, płaszcze mokre, skóra zimna.

Doyle pytał czy jestem pewna tego, że chcę zostać sama.
- W starych domach są stare duchy, a ty uciekłaś.
- Moje duchy, moja sprawa, nieważne jak stare.
Miałam nadzieję, że powie coś więcej. Jednak tylko patrzył. O czym myślał?
Pomógł mi wypakować torbę i sprawdzić czy jest drewno. Pomimo wieloletniej pustki dom nadal nadawał się do użytku. Nieszczelne okna przepuszczały każdy silniejszy podmuch wiatru i kamienna podłoga zaczęła się kruszyć, ale był dach nad głową i wielki komin. W szufladach znalazłam zapas świec. Nowych. Zapytałam czy Jonathan tu był ale nie usłyszałam odpowiedzi. 

- Kiedy mam przypłynąć?
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci. 

Miriam była moją babką Wychowała mnie po śmierci rodziców. Tylko mnie. Nie wiem, co stało się z moim rodzeństwem. Miałam dwa lata kiedy zamieszkałam na wyspie.
Pamiętam, że pachniała ziołami.
Zaplatała mi warkocze.
Śpiewała.
Jej twarz wyglądała jak twarz drewnianej figury, która wystawiona jest na wieczne podmuchy wiatru. 
Moja Miriam od której uciekłam.

Czasami tak się składa, że to, co nas stworzyło musimy zostawić. Miałam osiemnaście lat. I byłam zmęczona życiem z dala od wszystkiego. Tak jakby to, że jestem było czymś niestosownym, jakbym musiała żyć daleko od innych ludzi. Więc ściełam włosy. Zmieniłam ich kolor. Ukryłam nazwisko. Schowałam swoje serce. I byłam pewna, że nie będę już musiała szukać do niego klucza.

Jonathan napisał, że Miriam już nie ma.
I moja ucieczka była tchórzostwem.
Że mój świat nigdy nie będzie miał słońca.
Mam wrócić na Wyspę.

Całą noc padało i nie słyszałam otwieranych drzwi.
Dopiero, jak położył mi rękę na ramieniu.
Dorzucił drzewa do ognia.
Nic nie mówił, nie musiał.

To, co zbudowałam runęło. Obróciło się w proch. Moje serce – tak szczelnie zamknięte pudło i tak głęboko schowane - musiałam wyciągnąć na mgliste światło dnia. Na zimne wiatry i chłodne deszcze. Na dotyk już tych obcych rąk. Tak bardzo zimnych i tak bardzo bladych. Upiorom nie wolno mówić tak.

Rano zaparzyłam kawy. Ogrzałam dłonie. Wyspa się budziła.
Korowody duchów błądziły po jej ścieżkach. Szarość nieba pochłaniała każdy promień słońca.
Usiadłam na drewnianym parapecie myśląc o tym, że mam może jakiś inny wybór wiedząc jaka jest prawda.

Spał. Oddychał powoli. Postarzał się. Długo już tu jest? Co robił? Naprawiał zniszczony dach? Zbierał to, co wyrzuciło morze? Jak długo tu był? Jego oczy kiedyś były jaśniejsze. Twarz wygląda jak maska, nic się w niej nie odbija.

- Doyle ma przypłynąć jutro.
- Nie przypłynie. 

Jeżeli ci powiem, że świat śpi to mi uwierzysz?
Dzisiaj czas nie istnieje.
Wskazówki zegara stoją.
Lustro niczego nie odbja.
Nie ma cienia.
Cisza wypełnia każdy kąt.
Nie słychać oddechów i kroków.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Moje małe śmierci

Pierwsza:
The National, High Violet
Zostałam rozłożona na części pierwsze.

Druga:
Muzyka z Kruka 
Od początku do końca, zawsze blisko, na wyciągnięcie słuchawek.

Trzecia:
Fismoll, At Glade 
Bez słów, są niepotrzebne .

Czwarta
Rod Stewart, Sailling / Every beat od my heart
Skojarzenia: podróż, morze, deszcz, łódź, stare walizki, tęsknota za domem. Sen.

Piąta:
Lao Che,  Powstanie Warszawskie
St.

Szósta:
George Michael, Older
Czarno / białe zdjęcia, specyficzni ludzie, dziwne miejsca. Wrocław.

Siódma:
K.D. Lang, Constant craving / Calling all angels (Jane Sibbery) 
Przy pierwszej: chęć ucieczki. Przy drugiej: cisza i spokój.

Ośma:
Billy Holiday, Autumn in NY
Nigdy nie napisana książka.

Dziewiąta:
Cat Power, Metal heart 
Zagubienie.

Dziesiąta:
The Cranberries, Linger / Ode to my family / When you're gone 
Wrocław z rana, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że go opuszczę. 

Jedenasta:
Lamb, Gabriel
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.

Dwunasta:
Stone Temple Pilots, Kitchenwere and candybars
Wrocław. Długie spacery. Osobowice. Tramwaje.

Trzynasta:
Goo Goo Dolls, Iris
D.

Czternasta:
The National, Vanderlyle crybaby geeks 
St. I pustka.

Piętnasta:
For Love Not Lisa, Slip slide melting
Sny na jawie.

Szesnasta:
Marillion, Lavender
Kołysanka.

Siedemnasta:
Amanda Palmer, Astronaut
Otwarcie oczu po bardzo długim śnie.

Osiemnasta:
Berk & The Virtual Band, Wonderwall 
Wrocław, ale ten z dzisiejszego czasu. Poszukiwanie nowości w muzyce. Beate.

Dziewiętnasta:
Florence and the Machine, Cosmic Love 
Energia!

Lista została stworzona kilka lat temu. I nic się nie zmieniło.

czwartek, 4 lutego 2016

Czytajcie poetów, bo zginiecie

W Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad z profesorem Piotrem Śliwińskim o czytaniu poezji i jej ważności w świecie obecnym. I tak sobie przypomniałam, jak mówiłam do D. o tym, że w zeszłym roku w ogóle nie czytałam wierszy. Żadnej antologii, żadnego tomiku, może czasami gdzieś ukazujące się pojedyńcze wersy. Gdzieś schowane fragmenty.

I tak sobie myślę, że pan profesor ma rację, że poezja jest ważna. Dzięki niej widzi się inaczej, rozumie się inaczej, czuje się inaczej. Zaczyzna się szukać. Sprawdzać swoje własne, pewne zdanie. Nabierać wątpliwości. Myśleć.

Nie mam dostępu do swoich książek i tęsknię za swoimi wierszami, które swojego czasu kupowałam i zdobywałam gdzie się tylko da, wszystko zapakowane jest w kartonach i czeka na czas przeprawy za ocean. Ale będę szukać w innych źródłach i doceniam dzisiaj internet. Tu można znaleźć wszystko.

Wywiad tu: Czytajcie poetów, bo zginiecie (KLIK)