środa, 10 lutego 2016

Sen

Kiedy zmarła Miriam na Wyspie nie było już nikogo i dom stał pusty od kilkunastu lat. Tylko fale obmywały kamieniste brzegi. Stary Doyle powiedział, że może ze mną popłynąć. Nie widziałam go tak długo, a on w ogóle się nie zmienił. Może na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek, dalej jednak chodził wyprostowany, dalej był silnym człowiekiem. Cichym i dumnym przywódcą małej społeczności. Kiedy byłam dzieckiem nosił mnie na rękach i opowiadał stare historie. Zawsze patrzył w oczy. Nigdy nie kłamał. To, co niewygodne zamykał w milczeniu. Tak jak teraz. Wyspa nie lubi słów. Nie znosi pytań. Nie chce obcych ludzi. Jedyne, co jest dla niej ważne, to wspomnienia, przed którymi nie można uciec. Będąc jej częścią za każdym razem, kiedy zamykamy oczy mamy pod powiekami obrazy tego, co było.

Przystań wydawała się pogruchorana.
Przy brzegu stała łódź Miriam.
Stara zniszczona łajba.
Zielona farba odpadała wielkimi płatami, widać już było przegniłe drewno.

Na wyspie rzadko kiedy było sucho. Deszcze i wiatry wypełniały dni. Mokra ziemia pochłaniała obute stopy. Nie ważne ile miałam lat, sukienki zawsze były ubłocone, płaszcze mokre, skóra zimna.

Doyle pytał czy jestem pewna tego, że chcę zostać sama.
- W starych domach są stare duchy, a ty uciekłaś.
- Moje duchy, moja sprawa, nieważne jak stare.
Miałam nadzieję, że powie coś więcej. Jednak tylko patrzył. O czym myślał?
Pomógł mi wypakować torbę i sprawdzić czy jest drewno. Pomimo wieloletniej pustki dom nadal nadawał się do użytku. Nieszczelne okna przepuszczały każdy silniejszy podmuch wiatru i kamienna podłoga zaczęła się kruszyć, ale był dach nad głową i wielki komin. W szufladach znalazłam zapas świec. Nowych. Zapytałam czy Jonathan tu był ale nie usłyszałam odpowiedzi. 

- Kiedy mam przypłynąć?
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci. 

Miriam była moją babką Wychowała mnie po śmierci rodziców. Tylko mnie. Nie wiem, co stało się z moim rodzeństwem. Miałam dwa lata kiedy zamieszkałam na wyspie.
Pamiętam, że pachniała ziołami.
Zaplatała mi warkocze.
Śpiewała.
Jej twarz wyglądała jak twarz drewnianej figury, która wystawiona jest na wieczne podmuchy wiatru. 
Moja Miriam od której uciekłam.

Czasami tak się składa, że to, co nas stworzyło musimy zostawić. Miałam osiemnaście lat. I byłam zmęczona życiem z dala od wszystkiego. Tak jakby to, że jestem było czymś niestosownym, jakbym musiała żyć daleko od innych ludzi. Więc ściełam włosy. Zmieniłam ich kolor. Ukryłam nazwisko. Schowałam swoje serce. I byłam pewna, że nie będę już musiała szukać do niego klucza.

Jonathan napisał, że Miriam już nie ma.
I moja ucieczka była tchórzostwem.
Że mój świat nigdy nie będzie miał słońca.
Mam wrócić na Wyspę.

Całą noc padało i nie słyszałam otwieranych drzwi.
Dopiero, jak położył mi rękę na ramieniu.
Dorzucił drzewa do ognia.
Nic nie mówił, nie musiał.

To, co zbudowałam runęło. Obróciło się w proch. Moje serce – tak szczelnie zamknięte pudło i tak głęboko schowane - musiałam wyciągnąć na mgliste światło dnia. Na zimne wiatry i chłodne deszcze. Na dotyk już tych obcych rąk. Tak bardzo zimnych i tak bardzo bladych. Upiorom nie wolno mówić tak.

Rano zaparzyłam kawy. Ogrzałam dłonie. Wyspa się budziła.
Korowody duchów błądziły po jej ścieżkach. Szarość nieba pochłaniała każdy promień słońca.
Usiadłam na drewnianym parapecie myśląc o tym, że mam może jakiś inny wybór wiedząc jaka jest prawda.

Spał. Oddychał powoli. Postarzał się. Długo już tu jest? Co robił? Naprawiał zniszczony dach? Zbierał to, co wyrzuciło morze? Jak długo tu był? Jego oczy kiedyś były jaśniejsze. Twarz wygląda jak maska, nic się w niej nie odbija.

- Doyle ma przypłynąć jutro.
- Nie przypłynie. 

Jeżeli ci powiem, że świat śpi to mi uwierzysz?
Dzisiaj czas nie istnieje.
Wskazówki zegara stoją.
Lustro niczego nie odbja.
Nie ma cienia.
Cisza wypełnia każdy kąt.
Nie słychać oddechów i kroków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz