Kiedy zmarła Miriam na Wyspie nie było
już nikogo i dom stał pusty od kilkunastu lat. Tylko fale obmywały
kamieniste brzegi. Stary Doyle powiedział, że może ze mną
popłynąć. Nie widziałam go tak długo, a on w ogóle się nie
zmienił. Może na jego twarzy pojawiło się więcej zmarszczek,
dalej jednak chodził wyprostowany, dalej był silnym człowiekiem.
Cichym i dumnym przywódcą małej społeczności. Kiedy byłam
dzieckiem nosił mnie na rękach i opowiadał stare historie. Zawsze
patrzył w oczy. Nigdy nie kłamał. To, co niewygodne zamykał w
milczeniu. Tak jak teraz. Wyspa nie lubi słów. Nie znosi pytań.
Nie chce obcych ludzi. Jedyne, co jest dla niej ważne, to
wspomnienia, przed którymi nie można uciec. Będąc jej częścią
za każdym razem, kiedy zamykamy oczy mamy pod powiekami obrazy tego,
co było.
Przystań wydawała się pogruchorana.
Przy brzegu stała łódź Miriam.
Stara zniszczona łajba.
Zielona farba odpadała wielkimi
płatami, widać już było przegniłe drewno.
Na wyspie rzadko kiedy było sucho.
Deszcze i wiatry wypełniały dni. Mokra ziemia pochłaniała obute
stopy. Nie ważne ile miałam lat, sukienki zawsze były ubłocone,
płaszcze mokre, skóra zimna.
Doyle pytał czy jestem pewna tego, że
chcę zostać sama.
- W starych domach są stare duchy,
a ty uciekłaś.
- Moje duchy, moja sprawa, nieważne
jak stare.
Miałam nadzieję, że powie coś
więcej. Jednak tylko patrzył. O czym myślał?
Pomógł mi wypakować torbę i
sprawdzić czy jest drewno. Pomimo wieloletniej pustki dom nadal
nadawał się do użytku. Nieszczelne okna przepuszczały każdy
silniejszy podmuch wiatru i kamienna podłoga zaczęła się kruszyć,
ale był dach nad głową i wielki komin. W szufladach znalazłam
zapas świec. Nowych. Zapytałam czy Jonathan tu był ale nie
usłyszałam odpowiedzi.
- Kiedy mam przypłynąć?
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci.
- Za dwa dni, Doyle. Dziękuję ci.
Miriam była moją babką Wychowała
mnie po śmierci rodziców. Tylko mnie. Nie wiem, co stało się z
moim rodzeństwem. Miałam dwa lata kiedy zamieszkałam na wyspie.
Pamiętam, że pachniała ziołami.
Zaplatała mi warkocze.
Śpiewała.
Jej twarz wyglądała jak twarz
drewnianej figury, która wystawiona jest na wieczne podmuchy wiatru.
Moja Miriam od której uciekłam.
Czasami tak się składa, że to, co
nas stworzyło musimy zostawić. Miałam osiemnaście lat. I byłam
zmęczona życiem z dala od wszystkiego. Tak jakby to, że jestem
było czymś niestosownym, jakbym musiała żyć daleko od innych
ludzi. Więc ściełam włosy. Zmieniłam ich kolor. Ukryłam
nazwisko. Schowałam swoje serce. I byłam pewna, że nie będę już
musiała szukać do niego klucza.
Jonathan napisał, że Miriam już nie
ma.
I moja ucieczka była tchórzostwem.
Że mój świat nigdy nie będzie miał
słońca.
Mam wrócić na Wyspę.
Całą noc padało i nie słyszałam
otwieranych drzwi.
Dopiero, jak położył mi rękę na
ramieniu.
Dorzucił drzewa do ognia.
Nic nie mówił, nie musiał.
To, co zbudowałam runęło. Obróciło
się w proch. Moje serce – tak szczelnie zamknięte pudło i tak
głęboko schowane - musiałam wyciągnąć na mgliste światło
dnia. Na zimne wiatry i chłodne deszcze. Na dotyk już tych obcych
rąk. Tak bardzo zimnych i tak bardzo bladych. Upiorom nie wolno
mówić tak.
Rano zaparzyłam kawy. Ogrzałam
dłonie. Wyspa się budziła.
Korowody duchów błądziły po jej
ścieżkach. Szarość nieba pochłaniała każdy promień słońca.
Usiadłam na drewnianym parapecie
myśląc o tym, że mam może jakiś inny wybór wiedząc jaka
jest prawda.
Spał. Oddychał powoli. Postarzał
się. Długo już tu jest? Co robił? Naprawiał zniszczony dach?
Zbierał to, co wyrzuciło morze? Jak długo tu był? Jego oczy
kiedyś były jaśniejsze. Twarz wygląda jak maska, nic się w niej
nie odbija.
- Doyle ma przypłynąć jutro.
- Nie przypłynie.
Jeżeli ci powiem, że świat śpi to
mi uwierzysz?
Dzisiaj czas nie istnieje.
Wskazówki zegara stoją.
Lustro niczego nie odbja.
Nie ma cienia.
Cisza wypełnia każdy kąt.
Nie słychać oddechów i kroków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz