Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josif Brodski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josif Brodski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Fragementy wiersza "Kołysanka Dorszowego Przylądka"

Serce cichnie co chwila i bije od nowa: krew
włóczy się po arteriach, lecz o powrocie pamięta.
Ciało, jak mapa fizyczna zwinięta w rulon i zmięta,
na północy gdzieś podnosi brew.

...

Samotność uczy natury przedmiotów, bo ich naturą
jest ta sama samotność.

...

Jeżeli czas się staje
panaceum, to dzięki temu, że nie znosi pośpiechu - zresztą
jest formą bezsenności

...

Lecz póki trwa obuwie, muszą
istnieć miejsca, gdzie można stanąć - jakiś stały
ląd. I powierzchnia jego sucha
piosenki dorsza słucha:

"Czas to więcej niż przestrzeń. Bo przestrzeń to rzecz.
A czas w istocie swojej jest myślą o rzeczy.
Życie to forma czasu. Karp czy leszcz
to jego punkt skupienia. I są całe rzesze
tych punktów. Włącznie z kropelką najmniejszą,
z ziarenkiem piasku. Ze śmiercią. (...)"

...

Dotknij palcem stalówki na próbę,
albo rogu stołu: boli? Otóż
w miejscu, w którym przedmiot ma swój czubek,
właśnie tam jest raj tego przedmiotu;
raj za życia osiągalny, choć nieduży:
fakt, iż rzeczy nie da się przedłużyć.

...

Złożone z miłości słów sprośnych, strachu przed śmiercią, odczucia
łamliwości szkieletu i wrażliwość podbrzusza,
ciało, w którym jak w lustrze ocean się przegląda,
trwa na krańcu przestrzeni: ze srebną łzą w oka kącie
człowiek jest sam dla siebie swoim własnym końcem
i wcina się w Czas jak przylądek.

...

Od tych ostatnich zaś dłuższa jest stokroć
myśl o Nicości, lecz oko

musi się przykryć powieką i nocą,
aby przeniknąć tak rozległą przestrzeń.
 Tylko tak - we śnie - wolno naszym oczom
oswajać się z rzeczami. I sny te są wieszcze
albo złowieszcze - zależy, kto śpi.
Dorsz w progu. Skrzypią drzwi.

Josif Brodski, Kołysanka Dorszowego Przylądka
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy. 
Wybór i posłowie: Jerzy Illg
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

niedziela, 10 lipca 2016

Wielka elegia dla Johna Donne'a

Usnął John Donne, usnęło wszystko wokół,
ściany, podłoga, obrazy, wazony,
usnął stół, pościel, rygiel, hak, śpią w mroku
szafa i kredens, świeca i zasłony,
usnęło wszystko. Gąsior i szklenica,
chleb, nóż do chleba, fajans, szkło, zwierciadła,
bielizna, zegar, kryształy, miednica,
drzwi, stopnie schodów. Noc wszędzie zapadła.
Wszędzie noc: w kątach, w bieliźnie, w fotelach,
w papierach, w stole, w gotowej przemowie,
w jej słowach, w szczypcach, w bierwionach, w popiele
kominka, który wystygł, w kątach powiek.
W trzewikach, w cieniach, w łóżku, za zwierciadłem,
W oparciu krzesła, w pończochach, pod miską,
na krucyfiksie, w sukniach, w prześcieradle,
w pantoflach, w miotle, w drzwiach. Usnęło wszystko.
Wszystko usnęło. Okno. Okiennica.
Śpi śnieg za oknem. Wielkie, białe plamy
sąsiednich dachów. Śpi cała dzielnica,
na śmierć rozcięta przez okienne ramy.
Usnęły wnęki, ściany i cokoły.
Brukowce, flizy, sztachety, kwietniki.
Nie błyśnie światło, nie zaskrzypi koło ...
Gzymsy, parkany, łańcuchy, pomniki.
Usnęły klamki, kołatki, zawiasy,
zasuwy, zamki, klucze do nich, kłódki.
Nie słychać szeptu, szmeru ni hałasu.
Tylko śnieg skrzypi. Noc długa, dzień krótki.
Usnęły gmachy, więzienia. Śpią kramy
na rybnym targu, wagi, świńskie tusze,
domy, podwórka. Śpią w budach brytany.
W piwnicach koty śpią, sterczą im uszy.
Śpią myszy, ludzie. Londyn twardo chrapie.
Żaglowiec w porcie zasnął. Wody śpiące
leniwie tylko pod kadłubem chrapią,
z niebem się łącząc gdzieś na horyzoncie.
Usnął John Donne. I morze z nim usnęło.
I brzeg kredowy ponad morzem usnął.
Noc całą wyspę jednym snem objęła.
I każdy park zamknięty na trzy spusty.
Śpią sosny, klony, graby, świerki, jodły.
Śpią ścieżki, zbocza gór, strumienie. Zasnął
lis i wilk. Niedźwiedź zaszył się w barłogu.
Śnieg zawiał wejścia do nor grubą zaspą.
I ptaki śpią. Świergotu ich nie słychać.
Nie słychać krzyku wron, nie słychać w mroku
chichotu sowy. Ponad Anglią cicho.
Lśni gwiazda. Cicho drepczą mysie kroki.
Usnęło wszystko. Mogiły się wznoszą
nad umarłymi, co śpią w trumnach. W łóżkach
żywi usnęli w morzach swoich koszul.
Samotnie. Twardo. W objęciach. W poduszkach.
Usnęło wszystko. Lasy, rzeki, gleby.
Świat martwy, żywy. I nikt się nie budzi.
Tylko śnieg biały sypie z nocnych niebios.
Lecz śpią i tam, ponad głowami ludzi.
Śpią już anioły. Świat nie mąci zgiełkiem
snu świętych, co usnęli w świętej zgrozie.
Śpi raj cudowny, śpią otchłanie piekieł.
Nikt z domu wszak nie wyjdzie o tej porze.
Usnął Pan. Ziemia bez opieki drzemie.
Uszy nie słyszą i nie widzą oczy.
Szatan też śpi. I na angielskiej ziemi
nienawiść wraz z nim usnęła tej nocy.
Śpią jeźdźcy. Śpi archanioł z trąbą. Stado
koni kołysze się przez sen miarowo.
A cherubiny pyzatą gromadą
śpią pod kopułą katedry Pawłowej.
Usnął John Donne. Usnęły wiersze Donne'a.
Przenośnie, rymy. Udane przy słabych
śpią. Smutki, grzechy, przywary ułomne
jednako ciche spoczęły w sylabach.
I szeptem wiersze nawzajem się łają
niby brat z bratem: posuń no się nieco.
Lecz tak daleki każdy od wrót raju,
że jednym biednym blaskiem wszystkie swiecą.
Śpią wszystkie wersy, śpi jambów splot gęsty.
Trocheje śpią, jak straże, z lewa, z prawa.
I śpi w nich wizja czarnych wód letejskich,
a za nią jeszcze inna wizja - sława.
Nieszczęścia wszystkie śpią. I śpią cierpienia.
Występki śpią. Śpi dobre obok złego.
Śpią gwałty, zbrodnie. W bezkresnych przestrzeniach
nie dojrzysz czarnych plam pod bielą śniegu.
Usnęło wszystko. Tłum ksiąg śpi od dawna.
Śpią rzeki słów pod lodem niepamięci.
Śpią wszystkie zdania i cała w nich prawda.
Śpią ich łańcuchy. Czasem któryś dźwięczy
cicho. Sen zmógł szatana, świętych, Boga.
Śpią ich źli słudzy. Przyjaciele. Dzieci.
Tylko śnieg skrzypi w ciemności na drogach.
I ten dżwięk tylko czuwa w całym świecie.
Ale cyt! słyszysz? tam, w nocnej ciemności,
płacze ktoś cicho, szepcze w lęku, szlocha.
Rzucony w zamieć, o ratunek prosi
i płacze w głos. Ktoś jest w tych mroźnych mrokach.
Ten głos tak cienki. Igłą w górze zastygł.
A nici nie ma ... I płynie sam jeden
ten głos przez mrozy, mgły, ciemność i zaspy,
zszywając noc i świt wysoko w niebie.
"Któż tam łka? Czy to ty, aniele drogi,
wzywasz mnie w dali, jak wzywa promienie
trawa pod śniegiem? Czy ty szukasz drogi?
Czy to ty wołasz w ciemności? - Milczenie.
"To wy, cheruby? Wasze głosy srebrne
w pamięci mam, gdy tego szlochu słucham.
To wy rzuciłyście moją katedrę,
by tutaj śpiewać? To wy?" - cisza głucha.
"Może ty, Pawle? Prawda, ton surowy
głosowi twemu większą szorstkość nadał.
To ty zwiesiłeś w mroku siwą głowę
i płaczesz?" - Znowu nikt nie odpowiada.
"Czy moich oczu zamknąć nie zechciała
ta ręka, która wszędzie tu majaczy?
Czy nie Ty, Panie? Myśl moja zbyt śmiała,
lecz tak wysoki jest ten głos, co płacze". -
Milczenie, cisza. - "Czy ten szloch wśród nocy
nie był, Gabrielu, twojej trąby tonem?
Lecz cóż, ja jeden otworzyłem oczy,
a jeźdźcy już siodłają swoje konie?
Wszystko śpi twardo. W twardej garści mroku.
Ogary z niebios pędzą w tłumnej sforze.
Gabrielu, czy to ty, z trąbą u boku,
szlochasz samotny w ciemnościach na dworze?"

"Nie, Johnie Donne, to ja, to twoja dusza.
To ja boleję na wyżynie nieba,
że całe brzemię mych myśli i wzruszeń
na Twoje barki złożyć było trzeba.
Mogłeś z ciężarem tym wzbić się ku słońcu,
nad namiętności, nad grzechy i strachy.
Jak ptak, widziałeś ludzkich głów tysiące,
kiedy wzleciałeś nad połacią dachu.
Widziałeś morze, dzikie kontynenty.
Widziałeś piekło - w sobie i na jawie.
Widziałeś także raj jasny i swięty
w przygnębiającej ludzkich żądz oprawie.
Widziałeś życie: jak wyspa oblane
jest oceanem, nad którym też byłeś;
z wszystkich stron tylko mrok w nim, mrok i lament.
Dopiero Boga widząc, zawróciłeś.
Lecz nie da ci się wzbić wyżej niż to brzemię:
tam, skąd świat zda się tylko setką wieżyc
i rzek wstążkami; skąd patrząc na ziemię,
i w Sąd Ostateczny można nie wierzyć.
Nic tam nie straszne. I klimat łagodny.
Świat stamtąd widać niczym sen w malignie.
Bóg zamajaczy niekiedy jak ognik,
co mglistą nocą gdzieś za szybą mignie.
Są tam i pola. Nie orze ich lemiesz.
Sto lat nikt nie orał. I sto wieków nawet.
Wokoło tylko ściany lasów ciemne
i deszcze tańczą w nieskoszonej trawie.
Ten drwal, którego zabiedzony wałach
pociągnie tędy, błądząc przez gęstwinę -
wlazłszy na sosnę, ujrzy gdzieś w oddalach
ogień płonący w zamglonej dolinie.
Tu kraj niejasny. Wszystko tak daleko.
Oko się ślizga po odległych dachach.
Tyle tu światła. Żaden pies nie szczeka.
Żaden się dzwon w powietrzu nie zawaha.
I drwal zrozumie tę dal. I w głąb kniei
zawróci konia gwałtownym szarpnięciem.
Wszystko się naraz w sen biblijny zleje:
on sam, koń chudy, noc, sanie i lejce.

A ja wciąż płaczę, nic mi nie zostało.
Trzeba mi wrócić w kamienie i glinę.
Nie mogę wejść tam przyodziana w ciało.
Tylko umarła wzlecę w tę krainę.
Tak, tak, samotna. Poza świat, na mękę
bezpłodnych pragnień, zostawiając ziemi
to ciało w glebie wilgotnej i miekkiej:
niech zszywa, zszywa nasze rozłaczenie.
Ale cyt! podczas gdy tu płaczem mącę
twój sen, za oknem spada w wielkich płatkach
śnieg, rozłączenie nasze zszywający:
tam i z powrotem igła, igła lata.
To nie ja szlocham - to ty płaczesz, Johnie.
Leżysz samotny i śpią we drzwiach zamki,
gdy śnieg wiruje nad uśpionym domem,
gdy śnieg bezgłosnie leci w ciemność stamtąd".

Podobny ptakom, Donne śpi w swoim gnieździe,
czystą swą drogę i miłość do życia
na wieki wieków zawierzywszy gwieździe,
która wygląda z chmurnego ukrycia.
Podobny ptakom. I duszę ma czystą,
a jego droga,choć zapewne grzeszna,
jest przyrodzona jak wołanie piskląt,
których gromada w szpaczym gnieździe mieszka.
Podobny ptakom, rano się przebudzi.
Teraz spoczywa pod przykryciem białym,
póki igła snu i śniegu trudzi,
zszywając duszę z jego śpiącym ciałem.
usnęło wszystko. Lecz jeszcze nań czeka
wiersz nieskończony, drwiąc szczerbatym śmiechem,
że tylko świecką miłość zna poeta,
miłość duchowa zaś wciela się w klechę.
Mniejsza, na czyje koło na tym świecie
lać wodę - ono wciąż ten sam chleb miele.
Choć można życie z kimś dzielić, to przecież
nikt z nami śmierci naszej nie podzieli.
Jest w tej tkaninie dziura. Kto chce, z boku
ją rwie. Odejdzie. Wróci. Znów urywa
strzępek. I tylko niebo w nocnym mroku
czasem te dziury swą igłą zaszywa.
Śpijże, śpij, Johnie Donne. Uśnij, choć dziury
upstrzyły kaftan. Dziurawą masz szatę.
Śpij. Jeszcze trochę, a wyjrzy zza chmury
Gwiazda, co z dawna czuwa nad twym światem.

1963

Josif Brodski, Wielka elegia dla Johna Donne'a
Przełożył na język polski Stanisław Barańczak
Wiersz pochodzi z książki Tym tylko byłem. Wybór wierszy
Wybór i posłowie: Jerzy Illg 
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006

Autor miał 23 lata pisząc ten wiersz 

niedziela, 29 listopada 2015

Josif Brodski i zmiana miejsca zamieszkania

Tylko morze potrafi prosto w twarz spoglądać
niebu; podróżny, siedzący na wydmach,
opuszcza oczy i z flaszki pociąga,
jak król, co dał się z kraju swego wygnać.

Fragment wiersza Divertimento litewskie z roku 1971*

Trzeba będzie wybrać książki. Można powiedzieć, że to będzie rodzaj złego snu. Jak można zdecydować, które książki to są te na tyle ważne, żeby je zabrać ze sobą? Do nowego miejsca: nowych ścian, nowych półek, nowego powietrza, nowej nie oswojonej przez nas przestrzeni. Skąd wiedzieć, które książki to są te, które będą dobre na czas zmian? Tyle przeczytanych i wspaniałych. Tyle nieprzeczytanych i niewiadomych.

Na razie tylko jeden tytuł jest pewny. Tym tylko byłem. Wybór wierszy Josifa Brodskiego.
Mogę być w różnych miejscach, nowych i nie nowych. Ten tom wierszy musi być ze mną.

Dajcie mi jeszcze jedno życie, a będę śpiewał
w kawiarni "Rafaella". Albo po prostu ziewał,
siedząc tam. Lub stał w kącie, w charakterze jednego z mebli,
gdyby ten drugi żywot miał mniej szczodry być niż poprzedni.

Lecz - po części dlatego, że ludzie przyszłych stuleci
bez kofeiny i jazzu byliby bezradni jak dzieci -
będę znosił tę dolę, aż przez kurz na spękanym pokoście
ujrzę w dwadzieścia lat później ciebie - w rozkwicie młodości.

W ogóle - pamiętaj: będę zawsze pod bokiem. To znaczy,
będę nie pod postacią twego ojca, ale inaczej:
jako rzecz - martwa, a jednak poddająca cię bacznej ocenie.
Więc w towarzystwie rzeczy rób zawsze dobre wrażenie.

I kochaj je wszystkie - na zapas albo na wszelki wypadek.
Ty zresztą zapamiętasz może jakieś zarysy blade -
ja nawet to utracę, jak i całe tutejsze mienie.
To stąd język, którym mówimy, miewa trochę drewniane brzmienie.*

1994, przełożył z oryginału angielskiego Stanisław Barańczak

* Josif Brodski, Tym tylko byłem. Wybór wierszy
Wydawnictwo Znak, Kraków 2006
Wybór i posłowie Jerzego Illga

Islandia przede mną. Zima, śnieg, wiatry i przestrzeń.