środa, 8 lutego 2017

Sen

Gra na skrzypcach skoczną melodię. Gdzieś na krańcu świata, w jakimś starym pubie. Wszędzie drewno i cegła. I ogień i ciepło. Jest wczesny wieczór. Poprosiłam o kawę. Ogrzewam dłonie o kubek, duży i pełny intensywnego naparu. Zapach sprawia, że się uśmiecham. To taka prosta chwila, taka dobra. Nie chcę nic więcej. Tylko tej skocznej muzyki, tego chłopca i tej kawy. Za oknem wiatr porywa drzewa, liście i gałęzie. Przez niego plączą się nogi i wpadają na siebie ludzie. Drga światło latarni. Cienie wydają się dłuższe i straszniejsze. Coś jednak unosi się w powietrzu. Może to zapowiedź zmiany? Może to nadchodzący mrok ogłasza swoje dłuższe przybycie? Może ta noc nigdy się nie skończy i z portowego miasteczka nie wypłynie już żadna łódź? Wydawało mi się, że słyszę bicie kościelnych dzwonów. Ale tutaj, w środku nikt nie wydaje się tym poruszony. Tym wiatrem, tą nocą, tymi dzwonami. Muzyka swoje drganie przenosi do krwiobiegu, porusza serce. Światło środka ukrywa kontury. Nie wyostrza, tylko wygładza. To niesamowite, jak nagle można się poczuć wolnym. Może to stan krótkotrwały. Może po nim przyjdzie ciemność i rozpacz. Może nie stanie się nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz