poniedziałek, 5 lutego 2018

The conclusion is: no elephants in my kitchen

Wypiłam dzisiaj dwie kawy. Musiałam szybko wybiec z psami na spacer o poranku. Nauka angielskiego idzie mi jak krew z nosa. W pracy jeden człowiek z opóźnieniem zarejestrował kabel od odkurzacza i zaliczyłby bliskie spotkanie z dywanem. Troszkę czytam, ale tylko troszkę. W zeszłym roku dwie książki były naprawdę godne uwagi. Dalej chce mi się kawy. W nocy nie spałam dobrze. Nie piszę nic. W przeciągu ostatnich 365 dni zgubiłam wszystkie moje ambicje i zrobiłam się wiecznie senna. Wieje za oknem i sypie śniegiem. Mamy okres sztormowy. Mam zamiar skrobać w tym blogu, kiedy inny wisi w przestrzeni. Tęsknię za dziadkiem i żałuję, żałuję, żałuję, że nie doceniałam go, jak był i nie pytałam o nic (ta głupia młodzieńcza buta, ta pewność, że wie się wszystko i nic więcej nie trzeba). Tęsknię za Wrocławiem. Za M. i kawą u niej. Tęsknię za chodzeniem po bilet na D. N. Za letnimi ulicami pokrytymi deszczem. Za spacerem ulicą O. Za chowaniem sie na strychu i czytaniem pod ciemniejącym niebem (są takie chwile, że jestem jedną wielką tęsknotą za tym, co było). Wróciłam do poezji.

PS: Tytuł postu to zdanie w aplikacji do nauki angielskiego. Ta aplikacja ma wiele dziwnych zdań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz