środa, 23 sierpnia 2017

Notatki z Miłosza

"Przemijanie ludzi i rzeczy nie jest jedyną tajemnicą czasu"

"I na samym brzegu otchłani ustawić stół, na nim szklankę, dzban
i dwa jabłka

Żeby uświetlały niedośniężne Teraz"

MISTRZ MEGO RZEMIOSŁA

"Potem już tylko mówiłem: za wysokie progi,
jestem i będę krzywy, co komu do tego"

POBYT

"Powinienem już umrzeć, a ciągle nieskończona praca"

"Rozpościera się dolina, znaki, światło"

NOTATKI

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

O książkach wpis krótki

"O nie babuniu, one są pośród nas! (...) Nianiu! Człowiek rodzi się przecież na wielkie, długie życie. A jeśli umrze przed czasem, gdzie podziewają się nieprzeżyte dni jego życia? Jego radości i cierpienia? Jego myśli, których przemyśleć nie zdążył, jego czyny, których dokonać nie mógł? Gdzie podziewają się dzieci jego, których już wydać na świat nie zdołał? Gdzie podziewa się to wszystko? (...) Żył młodzieniec o wzniosłej duszy i głębokiej myśli. Długi żywot ścielił się przed nim ... I nagle, w jednej chwili pękło pasmo jego życia. I przyszli obcy ludzie i pogrzebali go w obcej ziemi (...) Gdzież podziała się reszta jego życia? Słowa, które zamarły mu na wargach, modlitwy, których nie dokończył? ... Nianiu, jeśli świeca gaśnie, znów ją zapalą i dalej płonie do końca. Jakżeby mogła zgasnąć na wieki niewypalona swieca życia?"

Fragment dramatu Szymona An-skiego pt "Dybuk. Między dwoma światami. Legenda dramatyczna w 4 aktach", który znalazłam w tekście Sylwii Jankowy "Dybuk dawniej i dziś". Tekst ten został zamieszczony w "Okolicy strachu", magazynie poświęconemu horrorowi, grozie i kryminałowi. Śmiem stwierdzić, że to dobra inwestycja była, bo teksty publicystyczne zawarte w tym numerze są conajmniej dobre i fajnie jest czytać właśnie takie teksty o ukochanym gatunku literackim. Muszę też przyznać, że świetnym pomysłem było podzielenie numeru na dwie części: opowiadania i publicystkę, ponieważ mam wreszcie okazję zapoznać się z nowymi, polskimi autorami (między innymi, ponieważ pojawiają się też teksty Wojciecha Chmielarza czy Alistera Crowley'a, a to już znane nazwiska).
Na ten rok miałam założenie wrócić do grozy. Mam listę książek, które bym chciała przeczytać i jak to bywa u każdego czytającego lista ta cały czas rośnie, a Okolica strachu nie pomaga wcale ponieważ teraz oprócz magazynu wydają także Bibliotekę Okolicy Strachu, zbiory opowiadań debiutujących polskich autorów. Bardzo fajna sprawa i mam nadzieję, że dla wydawcy okaże się sukcesem. Z tego, co widzę jest dużo miłośników grozy na polskim rynku książki, i to grono cały czas rośnie. Polski horror także zaczyna być coraz bardziej popularny.
Książki grozy przeczytane w tym roku:
1. Max Brooks, World war Z (!)
2. F. Paul Wilson, Twierdza
3. Jeff VanderMeer, Ujarzmienie (!)
4. Stephen King, Wszystko jest względne
5. Łukasz Henel, On
6. Magdalena Kałużyńska, Ymar (!)
7. James Herbert, Hounted
8. Paul Tremblay, Głowa pełna duchów (!)
Książki z wykrzyknikiem uważam za najlepsze i godne uwagi, ale jeśli ktoś chciałby z tej listy skorzystać to chyba poleciłabym każdy tytuł. O World war Z mogę dopowiedzieć tylko, że to nie jest powieść, a reportaże po wielkiej wojnie z zombie, gdzie ludzkość dostała po dupie od żywych trupów. Świetnie jest to napisane i potrafi być bardzo przejmujące.
Ps1 Dramat An-skiego jest dostępny na Wolnych Lekturach.
Ps2 Czytam teraz horror Yrsy Sigurdardóttir "Pamiętam cię" i powiem wam, że mam ciarki na plecach. Żałuję, że nie zaczęłam czytać na kempingu, kiedy byliśmy na Fiordach Zachodnich bo właśnie tam dzieje się akcja.
Ps3 Komiks "Cages" (Dave McKean) ma przepiękne ilustracje, niesamowicie niepokojące
Ps4 Nie mogę się doczekać tego momentu, kiedy będę miała swoje ksiażki z Gdyni, tam mam całą masę dobrych tytułów i kilkanaście książek Guy'a N. Smitha. Pulpa na maksa, meh meh


czwartek, 25 maja 2017

Takie piękne pierwsze zdanie

Nie potrafiłbym nigdy, nawet pod presją wnikliwych pytań, powiedzieć, dlaczego zamieszkałem właśnie w tym miejscu, dlaczego zdecydowałem się osiąść w tak niegościnnym, pustym obszarze, który o wiele wcześniej niż inne rejony witał wszechwładną zimę, obezwładniającą bezmiarem biało-kryształowej masywności, jakby to tu rodziła się wszelka mroźność i stąd rozpełzała na resztę kraju.

Wojciech Gunia, Nie ma wędrowca

sobota, 20 maja 2017

Kilka słów o książce Stanisława Lema

Kilka dni temu dotarłam do biblioteki. Bardzo mnie ucieszył fakt, że wreszcie chce mi się coś zrobić. Wyjść gdzieś indziej niż do pracy czy na spacer z piesami. Tak więc dotarłam do biblioteki w centrum Rey i okazało się, że moja karta straciła ważność. Ani pożyczyć ani oddać (gdybym miała jakieś zaległości). I bardzo mi się podoba forma blokady konta, ponieważ czytelnik jeśli chce korzystać musi zapłacić abonament na kolejny rok i dzięki temu wspiera bibliotekę. Z tego co się orientuję to w Polsce taka blokada na razie nie funkcjonuje (nie w tych bibliotekach, które znam), a szkoda. 

Pożyczyłam książkę Stanisława Lema Rasa drapieżców. Są to teksty autora, które ukazywały się w Tygodniku Powszechnym w latach 2004/2006. Ciekawa lektura. W tym czasie kończyłam technikum, pisałam maturę, poznałam D., nie zastanawiałam się nad tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. A teraz widzę, że działo się dużo. Śmierć Miłosza, śmierć polskiego papieża, w rządzie Liga Polskich Rodzin, Samoobrona i trochę mniej szalona niż teraz partia Jarosława Kaczyńskiego. Rosja zbliża się do Niemiec, a Niemcy do Rosji. W Stanach odbywa się kampania prezydencka, gdzie już wiemy, że na drugą kadencję został wybrany Bush junior. Polska była najmłodszym członikiem Unii Europejskiej. 

Lem dużo widział. Wiadomości czerpał nie tylko z polskich mediów, ale także z zagranicznych. Analizawał, zastanawiał się i wyciągał z tego wszystkiego swoje własne zdanie, swoje własne myśli. I to, co widział nie napawało go optymizmem, a o przyszłości pisał raczej z dużym dystansem. Cały czas coś czytał, czy to magazyny literackie czy książki i magazyny historyczne. Często wspomina o Piłsudskim, jako ostatnim człowieku, który martwił się o Polskę. Śmierć Miłosza była dla niego jak zawalenie się potężnej góry, filaru na którym opiera się kultura. Wspomina także o odejściu Jana Pawła II. Przypomniało mi się, że na kilka dni przed jego śmiercią byłam na wycieczce do Częstochowy i powoli dochodziły do nas wiadomosci, że ten wielki wtedy dla mnie człowiek umiera. Pamiętam, że wiele kościołów zostało otwartch na nocne czuwanie, że ludzie w jakiś sposób się połączyli na tą jedną krótką chwilę. Że w tym smutku było jednak coś dobrego. To zaskakujące, że człowiek może sobie przypomnieć nagle tak odległe momenty. 

Nie skończyłam jeszcze Rasy drapieżców, ale już teraz uważam, że warto sięgnąć po ten tytuł. Chociażby dla popatrzenia się w przeszłość i porównania tego, co Lem pisze do tego, co dzieje się teraz.  

"Robactwo reklam, które w straszliwych ilościach powyłaziło we wszystkich telewizjach światowych napawa mnie niesmakiem. Charakterstyczne, że dotyczą tego, co się je i pije albo czym się człowiek myje, o żadnym życiu umysłowym nie ma mowy" 

"Jako zniewoleni w Peerelu, marzyliśmy o Zachodzie jako krainie wszelkich zaspokojeń. Kiedy tam wleźliśmy, okazało się, że wcale nie jest tak pięknie tylko dlatego, że i tam sa biedni oraz silna stratyfikacja społeczna. Przede wszystkim dlatego, że kultura bardzo w całości osłabła, a jej obecność w życiu społecznym stała się mizerna"

niedziela, 30 kwietnia 2017

Myśli rozproszone

Co trzeba zrobić by polubić nowe miejsce do życia?
Mieszkam w Rey od jedenastego stycznia zeszłego roku.
Mieszkałam w samym centrum miasta, teraz mieszkam na jego przedmieściach.
Czuję się tu lepiej niż w Gdyni. Ale jednak Gdyni mi brakuje.
Dlaczego? Bo było cieplej? Więcej słońca? Więcej drzew? Więcej ludzi na ulicach?
W Gdyni padał ciepły wiosenny deszcz. Tutaj sieka po twarzy gradem.
Zaczynają się białe noce. O dwudziestej drugiej jeszcze jest jasno.
Dziwnie mi tak.
Byłam wczoraj na spacerze z piesami i pozwoliłam sobie zgubić drogę mając świadomość, że i tak trafię do domu.
Ładnie było, połaziliśmy sobie, pooglądaliśmy domy. Piesy poczuły nowe zapachy i próbowali zaprzyjaźnić się z dziką gęsią, bez wzajemności. Króliki też nie wykazały nami zainteresowania.
Przez chwilę wydawało mi się, że jestem znowu w Sopocie. Może przez to, że słońce tak świeciło i pachniało podobnym jedzeniem, jakie gotował D. wieczorami?
Chodziliśmy ponad godzinę i było dobrze.
 Ale to jeszcze nie jest dom. I zastanawiam się czy kiedykolwiek będzie.
Czy jakiekolwiek inne miejsce nazwę domem. 





czwartek, 27 kwietnia 2017

Myśli rozproszone

Książka tradycyjna. Papier, okładka, zapach fabry drukarskiej, czasami ilustracje. Zagięte rogi. Podkreślone ołówkiem zdania. Notatki na marginesach. W zeszłym roku niewiele przeczytałam książek, które mogłam trzymać w rękach i cieszyć się zwykłym przewracaniem stron. W tym roku, a jest już prawie maj to były całe dwa woluminy. Ważne podwójnie ponieważ dostałam je od moich dilerek. Przywiezione z Polski, pochowane w płaszczach, upchnięte w walizkach. Dilerki wiedzą, czego potrzeba mi do życia.

...

W Rey pada śnieg. Przez chwilę świeciło słońce, ale była to chwila krótka, jak mgnienie. Lampki, które kilka dni temu zamontowałam przy oknie rozpraszają szarość pokoju. Pachnie trzecią kawą z karmelowym likierem i mokrym psem. Brakuje mi Franka. Brakuje Wincenta. Bez kota domy są puste, mieszkania zimne. 

...

Mitologia nordycka Neila Gaimana za mną. Nie zgorsze to opowiastki. Dobrze się bawiłam czytając o bogach Asgardu. Jednak w głowie miałam myśl, że to przebiegłe istoty, które nie lubią mądrzejszych i sprytniejszych od siebie. Jak człowiek. Trochę to wszystkie jednak za krótkie było. Niedosyt czuję. I tak dochodzę do wniosku, że wreszcie do Amerykańskich bogów trzeba wrócić.

...





sobota, 1 kwietnia 2017

Ganbare!

Kiedy woda zabierze ci wszystko, co kochasz, co jest dla ciebie ważne. 
Kiedy nie masz dużego wyboru i musisz żyć. Bo ci, których kochasz ocaleli. 
Nie wszyscy jednak mają siły. Nie wszyscy chcą. 
Życie w miejscu po katastrofie. Życie, którego nie zrozumie ten, który nie widział i nie przeżył. 
Bo przecież trzeba walczyć, iść do przodu, żyć. Życie samo w sobie jest przecież bardzo bardzo ważne i żaden żywioł, żadna tragedia nie powinna rościć sobie praw do zdominowania go. 

Piszę chaotycznie i być może niewyraźnie, ale książka Katarzyny Boni bardzo mnie poruszyła. I ciężko pisać mi o emocjach, które się pojawiły. Piękny język autorki, bardzo cichy i spokojny opowiada o dramacie, które spadło i roztrzaskało część japońskiego społeczeństwa. Tsunami nie tylko zniszczyło miasteczka, ale naraziło kraj kwitnącej wiśni na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Z atomem nie ma zabawy, chociaż chyba nie każdy to rozumie.

Świat cały czas pulsuje. Pod skórą ziemi panuje wieczna zmiana. Na jej powierzchni nie ma chwili w której istniałaby cisza i spokój. Są miejsca niebiezpieczne, które zawsze są zagrożeniem dla człowieka. A człowiek wraca do nich, trochę jak ćma do światła. Ponieważ tam jest schowana tradycja i wspomnienia. 

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016

piątek, 31 marca 2017

Piwo truskawkowe

Zaraz skończy się marzec, czytam książkę Lema zamiast się uczyć, moja poranna kawa zniknęła dzięki mężowi, piesy chwilowo przestawiają moje życie do góry nogami, świat dalej się kręci i trzeba wszystko jakoś sobie poukładać. Dzisiaj zamiast śniadania były rodzynki. Wczoraj zamiast kolacji piwo truskawkowe. Niedługo zacznie się ten czas kiedy o północy będę miała ochotę na kofeinę, a nie na sen.

Rey się powoli zmienia. Zieleni się, też powoli. A ja się zastanawiam jak teraz jest we Wrocławiu. Zaraz pewnie zakwitnie bez i na ulicy przy której stoi mój dom będzie kolorowo od owocowych kwiatów. Wiatr pewnie jest już ciepły. Będą wiosenne deszcze i burze.

Nie mogę sobie nigdzie znaleźć miejsca. 

środa, 8 lutego 2017

Sen

Gra na skrzypcach skoczną melodię. Gdzieś na krańcu świata, w jakimś starym pubie. Wszędzie drewno i cegła. I ogień i ciepło. Jest wczesny wieczór. Poprosiłam o kawę. Ogrzewam dłonie o kubek, duży i pełny intensywnego naparu. Zapach sprawia, że się uśmiecham. To taka prosta chwila, taka dobra. Nie chcę nic więcej. Tylko tej skocznej muzyki, tego chłopca i tej kawy. Za oknem wiatr porywa drzewa, liście i gałęzie. Przez niego plączą się nogi i wpadają na siebie ludzie. Drga światło latarni. Cienie wydają się dłuższe i straszniejsze. Coś jednak unosi się w powietrzu. Może to zapowiedź zmiany? Może to nadchodzący mrok ogłasza swoje dłuższe przybycie? Może ta noc nigdy się nie skończy i z portowego miasteczka nie wypłynie już żadna łódź? Wydawało mi się, że słyszę bicie kościelnych dzwonów. Ale tutaj, w środku nikt nie wydaje się tym poruszony. Tym wiatrem, tą nocą, tymi dzwonami. Muzyka swoje drganie przenosi do krwiobiegu, porusza serce. Światło środka ukrywa kontury. Nie wyostrza, tylko wygładza. To niesamowite, jak nagle można się poczuć wolnym. Może to stan krótkotrwały. Może po nim przyjdzie ciemność i rozpacz. Może nie stanie się nic.

czwartek, 2 lutego 2017

Wyrwane z całości

Jest połowa grudnia i nareszcie pada śnieg. W zimie wszystko cichnie. Minione staje się wyraźnie. Zapach węglowego dymu i odgłos blaszanych łopat w ciszy poranka czterdzieści lat temu na Pradze. Wtedy też robiło się cicho, gdy spadał śnieg. I ten metaliczny dźwięk na chodnikach. Albo głuchy hurgot szufli ze sklejki. Nie było wtedy plastikowego, kolorowego sprzętu. Zielonych, czerwonych, niebieskich i żółtych łopat okutych aluminium. Tylko bura od wilgoci sklejka i poczerniały metal. Monochromatyczna materia. Białe geometryczne płaszczyzny dachów i szary dym w nieruchomym powietrzu, wędrujący prosto do nieba. Wychodziłem do szkoły o wpoł do ósmej i nie miałem pojęcia, że na świecie jest komunizm. Szło się ścieżką przez akacjowy zagajnik. Potem trzeba było wspiąć się na nasyp kolejowy i pokonać tory. Nie wiedziałem nawet, że jest socjalizm. W domu nie mówiło się o takich rzeczach, ponieważ to, w czym wszyscy braliśmy udział, było po prostu życiem i niczym więcej.

Andrzej Stasiuk, Wschód 
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014 

niedziela, 29 stycznia 2017

Twierdza

Kiedy pierwszy raz czytałam Twierdzę F. Paula Wilsona miałam naście lat i niewielkie pojęcie o literaturze grozy i horrorze. Wzdychałam wtedy namiętnie do Stephena Kinga, uwielbiałam Grahama Mastertona i jego serię Rook, trochę gorzej było z Koontzem, ale też lubiłam szukać jego książek w bibliotece. Nie gardziłam autorem Dzwonu śmierci i innych twórców wydawanych w Phantom Press, do dzisiaj mam część tych książek w domu. W tym roku mam zamiar wcielić w życie mój plan powrotu do tego rodzaju literatury, gdzie groza, zło i ciarki na plecach sprawiają, że życie wydaje się takie fajne. Szukając do pracy audiobooków natrafiłam właśnie na Twierdzę Wilsona i pomyślałam, że to jest dobry początek.

Powroty do przeczytanych już książek bywają różne więc nie nastawiałam się na nic konkretnego. Starałam się nie myśleć o tym, że powieść ta zrobiła na mnie kiedyś duże wrażenie, że świetnie mi się ją czytało. Nie wiedziałam nic o lektorze, nie sprawdzałam w internecie jak audiobook będzie brzmieć. Po prostu odpaliłam play i niech się dzieje w słuchawkach, co chce. I teraz mam problem ponieważ z jednej strony dalej uważam Twierdzę za świetny horror, z drugiej bohaterka i epilog to jeden wielki dramat. I chciałabym się zapytać autora: dlaczego? Dlaczego u diabła coś tak dobrego okrasił czymś tak głupim?

O książce: II wojna światowa. Niemcy wygrywają (jeszcze) wszystko i wydają się niepokonani. Większość europejskich krajów poddaje się po krótkim czasie oblężenia. Rumunia. Oficer niemiecki dostaje zadanie obsadzenia twierdzy, która stoi na trasie do pokładów ropy. Hitlerowcy czują, że na miejscu nie wszystko jest w porządku. W nocy pewien żołnierz popełnia błąd, za chciwość płaci własną głową. Zaczyna się koszmar, który trwa już do końca książki.

Co jest świetne? Klimat, który ze strony na stronę się zagęszcza. Umiejscowienie historii w tak tragicznym momencie i częściowe pokazanie mechanizmów, które napędzają tępe dążenie do zniewolenia ludzi niepasujących do ustalonego wzoru. Świetne nawiązanie do Draculi i wampiryzmu. Bohaterowie: oficer zwykłego wojska i major SS - charaktery tak różne ale walczące po tej samej stronie barykady; profesor - manipulacja człowiekiem słabym i naiwnym, który w dobrej wierze podejmuje złe decyzje; antagoniści: ten dobry wcale nie jest czysty jak łza, ten zły jest przesiąknięty złem totalnie. Świetne jest pokazanie, jak ciemność rośnie w siłę i jaki ma wpływ na ludzi, jak niewiele potrzeba do tego, by uruchomić to, co jest skrywane głęboko pod skórą, tam gdzie tylko my potrafimy sięgnąć.

Co nie gra w tej historii? Kobieta i epilog. Dodane chyba na siłę, bo redaktor namówił. Ona jest głupia, naiwna i bezbarwna. Epilog obraża mnie jako czytelnika swoją słodkością i rozrzewieniem. I nie chodzi mi o to, że powinno być zupełnie inaczej, ale o to, że te dwa elementy zupełnie nie pasują do tej powieści. Tu też taka moja uwaga na boku: słuchając audiobboka miałam wrażenie, że autor świetnie się bawił opowiadaną przez siebie historią i puszcza on oko do czytelnika w kilku momentach (na przykład wtedy kiedy profesor sprawdza, co działa na wampira, a co nie, rewelacja!). Więc tym bardziej nie rozumiem dlaczego Magda jest tak źle poprowadzona i dlaczego w ogóle pojawiło się to nieszczęsne zakończenie.

Twierdza Wilsona przy drugim czytaniu wypada naprawdę dobrze. Dzieje się dużo, jest gęsta atmosfera, jest tajemnica i zaskoczenie. Szkoda tylko tych dwóch wcześniej wymienionych elementów, bez nich książka byłaby naprawdę świetna. 

F. Paul Wilson, Twierdza
Tytuł oryginału: The keep
Na język polski tłumaczył Piotr Cholewa
Wydawnictwo Amber, Poznań 1990
Lektor: Henryk Pijanowski
Wydawca audiobooka / książki mówionej:  Zakład Wydawnictw i Nagrań Polskiego Związku Niewidomych w Warszawie

czwartek, 19 stycznia 2017

Wieczorem


Myśli rozproszone

Czasami wydaje mi się, że należę do zupełnie innego miejsca.
Do miejsca w którym nigdy nie byłam.
Kiedy zamykam oczy mam przed sobą zielone wzgórza.
Lasy. Klify. Ocean. Ogromne otwarte przestrzenie.
Wieje wiatr. Pada deszcz. I ktoś gra na skrzypcach.
Mogę iść przed siebie. Być. Nie myśleć o tym, co dzieje się w życiu. Nie bać się tego, co będzie. 
Mogę mijać stare cmentarze, opuszczone kościoły, ruiny dawnych czasów.
I wszystko będzie w porządku. Wszystko będzie na swoim miejscu.

piątek, 13 stycznia 2017

Nic się nie zmieniło

Zawsze podobało mi się podróżowanie bez ustalonego kierunku. Specery bez celu. Przed siebie, czasami w bok. Nie było tego dużo, ale zawsze sprawiało to przyjemność. I może właśnie dlatego sięgnęłam po książkę Johna Steinbecka Podróże z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki. Ponieważ jeśli nie można samemu ruszyć w drogę to można o tym czytać. 

Autor kupił kampera, przygotował się do długiej podróży, porobił wstępne plany i zabierając psa pojechał. Planem było poznanie Ameryki, o której pisał i którą chciał odkryć jeszcze raz (ponoć, ponieważ usłyszałam, że książka jest w większej części wymyślona niż oparta na prawdziwych podróżach twórcy)

Nie chcę dużo pisać o przedstawionych historiach ponieważ nie wysnułam po nich żadnych większych wniosków, ani nie zostałam przez nie specjalnie oczarowana. Mogę napisać, że bardzo podobał mi się język książki i styl pisarza.

Chciałabym natomiast napisać o wodzirejkach czyli historii, która wydarzyła się kiedy John Steinbeck był w Nowym Orleanie. Był to czas kiedy Afroamerykanie zostali włączeni do społeczności amerykańskiej, gdzie powoli przestała obowiązywać segregacja rasowa. W mieście była szkoła do której przyszło pierwsze czarnoskóre dziecko. Jaka była reakcja społeczeństwa? 
Przed szkołą stały wodzirejki. Kobiety, które opluwały małą dziewczynkę najgorszymi inwektywami. I właśnie z tego powodu kobiety te stały się sławne, tak sławne, że ludzie przychodzili oglądać ich występy. Pisano o nich w gazetach i rozmawiano o nich. Autor opisuje, że kiedy dotarł na miejsce jedna z wrzeszczących kobiet szła przez tłum mając w ręku wycięte artykuły na ich temat. Stały się one znane na cały kraj. Stała się znana ich nienawiść, agresja, złość, a to tylko przysparzało im popularności.
Mówi wam to coś?

Muszę przyznać, że ten jeden fragment zrobił na mnie ogromne wrażenie ponieważ w świecie od tego czasu nic się zmieniło. Jedni ludzie dalej opluwają drugich za ich inność, odwagę życia, wyznanie, kolor skóry, orientację seksualną. Za wszystko, co nie zgadza się z ich poglądami zamkniętymi w ciasnocie umysłowej. Przeraża mnie to. Zastanawiam się o czym myślała ta dziewczynka? Jak rodzice tłumaczyli jej to, co się wokół niej dzieje? Na jaką kobietę wyrosła i czy to doświadczenie bardzo odbiło się na jej życiu? W jaki sposób? Czy ta nienawiść, którą odczuła ze strony białych zamieniła się w nienawiść przeciwko nim?   

Dla tego jednego fragementu warto sięgnąć po ten tytuł.

***

John Steinbeck, Podróże z Charleyem. W poszukiwaniu Ameryki
Tytuł oryginału: Travels with Charley
Na język polski tłumaczył Bronisław Zieliński
Lektor: Maciej Kowalik
Wydawnictwo Prószyński i S-ka,

czwartek, 12 stycznia 2017

Zombie zombie zombie

Kiedyś ludzie, teraz chodzące trupy. Od pacjenta zero do miliardów. 
Ukąsi cię raz i już wiesz, jak bardzo masz przesrane. Nic ci nie pomoże, a jedyną rzeczą na jaką możesz liczyć to odwaga do samobójstwa lub litość kogoś, kto strzeli ci prosto w głowę. 
Innego wyjścia nie ma. 

Świat, który przedstawia autor jest światem przewróconym do góry nogami. Stało się coś zupełnie nierealnego: ludzie chorują, umierają, reanimują się i stają się praktycznie niepokonani. Są gorsi niż zaraza i jeśli nie rozwalisz im mózgu to oni rozwalą ciebie. Na chwilę powstrzymają ich mrozy, ale te muszą kiedyś minąć. Mogą nie mieć nóg - będą pełzać. Pcha ich czysty isnstynkt - pożerania. Może są wolni, ale kiedy jest ich masa to twoje szanse na przetrwanie są niewielkie. 

Ale to tylko punkt wyjścia. Pytanie brzmi: jakim jesteś człowiekiem? Ponieważ to właśnie od tego zależy, jak wyjdziesz z tego bagna, w które zostałeś wrzucony i tego, jak dalej potoczy się twoje życie. Tu świat jest zupełnie inny: niekomfortowy, niewygodny, nieznany. Nie ma już miast, działającej komunikacji, internetu, komputerów, telefonów. Nie działają portale społecznosciowe. Telewizja nie nadaje. Nie pójdziesz z przyjaciółmi do baru i  nie będziesz opowiadała o tym, jak spędziłaś wieczór, kogo wyrwałaś na parkiecie, jak świetnie jechało ci się samochodem o północy przez miasto głośno słuchając muzyki, którą kochasz. Nagle okaże się, że twoje kompetencje są nic nie warte. Bo światu nie jest potrzebny manager, broker, dyrektor, kierownik. Najpierw trzeba przeżyć. Później na nowo stworzyć to, co zostało. A to są ruiny. Być może nie ma w nich już żywych trupów. Są jednak inni ludzie i zupełnie inne potrzeby.

Książka Maxa Brooksa ma formę reportażu i wywiadów z tymi, którzy walczyli, uciekali, poddali się - przeżyli. Od zwykłych, prostych obywateli, przez żołnierzy do polityków. Historie są różne: wzruszające, przerażające, ciekawe. Świetnie udało się autorowi oddać klimat opowiadanego momentu. Sama złapałam się na tym, że zaczęłam się zastanawiać, gdzie bym wylądowała w tym wszystkim, jakbym sobie poradziła i czy w ogóle przeżyłabym pierwsze kilka dni wielkiej paniki, a później wojny totalnej. 

Jest także coś, co mnie bardzo złapało za serce w trakcie słuchania: autor zwrócił uwagę na los zwierząt. Psów, które potrafiły wykryć każdego zakażonego, które były szkolone i wysyłane na misje. Ich relacji z ludzkimi partnerami. Wielorybów, delfinów, orek które nie miały szans na przeżycie ponieważ stały się mięsem, dzięki któremu ludzie mogli przeżyć, a był to czas że oceany i morza zaroiły się od łodzi i uciekinierów. Na watahy psów i kotów, które zostawione przez swoich właścicieli musiały się przystosować do nowego życia. Te momenty poruszały serce.

Mam zarzut, jeden, ale to ja więc nie ma co się dziwić:
Ameryka jak to Ameryka - pomimo wszystkiego zawsze ratuje świat i pomimo wszystkiego ma najlepszego, najbardziej troskliwego prezydenta ze wszystkich i takiego, co spokojnym tonem rozsądnie wytłumaczy swoje decyzje i później cały świat ten ton będzie naśladował.
Rosja - szalona i niebezpieczna. Nigdy nie ufaj Iwanowi.
Islandia - taka mała wyspa, tak mało ludzi, a i tak sobie nie poradziła. No bo jak to tak: bez wojska to zombie nie powstrzymasz. Nie wiem jakim cudem wikingowie tu przeżyli.
Francja - o, Francuzi to w ogóle nie ogarniają. 
To są przykłady, które dość mocno zaczęły mnie w pewnym momencie irytować. Nie lubię, jak ktoś w taki prosty sposób toruje sobie drogę przez świat przedstawiony w powieści / opowiadaniu. Nawet jeśli jest to książka bardziej rozrywkowa niż wymagająca myślenia. 

World war Z jest książką dobrą, wciągającą  i w jakiś sposób poruszającą. Jest rozrywką, która pozwala zastanowić się, co by było gdyby. Może epidemia zombizmu jest mało prawdopodobna to jednak katastrofy naturalne i ekologiczne już bardziej, nie wspominając o wariatach z bombami atomowymi. Czas słuchania uważam za dobrze zainwestowany.

*** 

Max Brooks, World war Z. An Oral History of the Zombie War
Na język polski tłumaczył Leszek Erenfeicht
Lektor: Piotr Grabowski
Czas trwania: 15h 48 minut 
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2013

niedziela, 8 stycznia 2017

Bezsenne noce

Nadal miewam koszmary. Prawdę mówiąc, śnią mi się tak często, że powinienem był się do nich przyzwyczaić. Nie przyzwyczaiłem się. Do koszmarów nie da się przyzwyczaić.
Mark Z. Danielewski, Dom z liści