Daleko pójdę, z daleka wrócę.
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Zdobędę wszystko, gdy wszystko rzucę,
Odzyskam bezmiar, straciwszy kąt.
Ból swój uciszę, żałość odsmucę.
Śmiechem powitam wygnania ląd!
Daleko pójdę, z daleka wrócę:
Dokąd ja pójdę i wrócę skąd?
Leopold Staff, Wybór poezji
Państwowy Instytut Wydawniczy
Warszawa 1960
czwartek, 24 marca 2016
niedziela, 20 marca 2016
Dlaczego tak bardzo lubię czytać Harry'ego Pottera ...
i dlaczego tak bardzo lubię wracać do książek już raz przeczytanych.
Skończyłam czytać pierwszą część przygód młodego czarodzieja, tym razem w języku angielskim. I muszę napisać, że J.K. Rowling stworzyła coś naprawdę niesamowitego. Można wiele rzeczy napisać i znaleźć wiele okreśeń na tą historię, ale nic nie zmieni faktu, że ta książka jest pełna magii. I w ogóle nie jestem zdziwiona, że dzieciaki tak na nią zareagowały. Bo to jest magia: czekać na wydanie każdej kolejnej części, ustawiać się w kolejce w księgarniach o północy, później czytać z wypiekami na policzkach i przeżywać tyle emocji, że w głowie się kręci. Trochę mniej szczęścia mają ci, którzy sięgneli po Harry'ego po wydaniu ostatniego tomu. Ale sama magia czytania pozostaje taka sama, niesamowita.
Czego tutaj nie ma? Bo ja odnoszę wrażenie, że w tej opowieści (mam na myśli całość) jest wszystko to, co ważne dla młodego człowieka. Przyjaźń, walka o bycie sobą, miłość i jej różne rodzaje, odwaga, poszukiwanie swojej drogi, strach, odrzucenie, samotność, śmierć, złość, frustracja i udowadnianie sobie, że możemy dać radę w każdej sytuacji mając obok kogoś, kto zawsze będzie nas wspierał, nie tylko dobrym słowem, ale także krytyką.
Można negować wartość tych książek, mówić, że to komercyjny shit, dobra praca biura promocji. Że książka jest antykatolicka, szerzy okultyzm i namawia do czczenia szatana. Serio, można tak. Myślę jednak, że to jest cena niezrozumienia, nieumiejętność szukania między wierszami, nadinterpretacja i głupota. Moim zdaniem ta historia należy do tych, przy których trzeba określić swoje zdanie. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. I muszę się przyznać, że nie znam osoby, której Harry Potter byłby po prostu obojętny. Ale oczywiście mogę się mylić.
Kamień filozoficzny czytałam w którejś klasie technikum. Cała przygoda zaczęła się od koleżanki, która tak się wciągnęła, że na przerwach nie dało sie doczekać od niej jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania bo nos miała cały czas w książce. I mnie zainteresowało, jak historia przeznaczona dla dzieci może wcignąć osobę w wieku około siedemnastu lat. No i poszło. I się czekało na premierę każdego kolejnego tomu. Tak samo miałam z Mroczną Wieżą Stephena Kinga. Kiedy zaczęłam czytać były na naszym rynku wydane cztery pierwsze tomy, przed Bożym Narodzeniem w mojej osiedlowej bibliotece pojawiły się Wilki z Calla. I byłam tak namolna dla bibliotekarki, że pozwoliła mi wypożyczyć nowiutki egzemplarz, chociaż był on już odłożony dla innego czytelnika. To była nieprzespana noc. I to jest chyba moja ulubiona część całego cyklu.
To są dwie serie książek, do których wracam najczęściej. Mogę tu dołożyć jeszcze Władcę Pierścini, Flawię de Luce, Muminki, książki Marthy Grimes i pojedyńcze tytuły: Hrabiego Monte Christo, Mistrza i Małgorzatę, opowiadania Bradbury'ego, Bastion i To, Dumę i uprzedzenie, Hyperiona i Upadek Hyperiona, Ojca chrzestnego, Piknik na skraju drogi. Tak patrzę na ten spis i dużo tego jest. Ale są to tytuły dla mnie ważne, nie tracące nic ze swojego uroku, zawsze aktualne i zawsze jest w nich coś nowego do odkrycia. Nie wspominam o książkach, które przeczytałam w minionym roku i zachwyciły mnie równie mocno i też chcę przeczytać je jeszcze raz.
Nudzę się? Nie mam co robić z czasem? Przecież już je czytałam, po co jeszcze raz?
Mówi się, że przeczytanie nowej książki jest jak poznanie nowego przyjaciela. A przeczytanie jeszcze raz tej samej książki to jak spotkanie ze starym przyjacielem, który wie, że dobrze się znamy, ale nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Bardzo mi się podoba takie stwierdzenie, bo ja tak właśnie uważam. Dla mnie to nie jest strata czasu, ale ponowna przygoda, kolejne oczarowanie, znana już droga do innego świata. Że niby wiem, że jest tu bezpiecznie, ale niespodzianki i tak na mnie czekają. I to jest piękne. I za to uwielbiam książki.
Skończyłam czytać pierwszą część przygód młodego czarodzieja, tym razem w języku angielskim. I muszę napisać, że J.K. Rowling stworzyła coś naprawdę niesamowitego. Można wiele rzeczy napisać i znaleźć wiele okreśeń na tą historię, ale nic nie zmieni faktu, że ta książka jest pełna magii. I w ogóle nie jestem zdziwiona, że dzieciaki tak na nią zareagowały. Bo to jest magia: czekać na wydanie każdej kolejnej części, ustawiać się w kolejce w księgarniach o północy, później czytać z wypiekami na policzkach i przeżywać tyle emocji, że w głowie się kręci. Trochę mniej szczęścia mają ci, którzy sięgneli po Harry'ego po wydaniu ostatniego tomu. Ale sama magia czytania pozostaje taka sama, niesamowita.
Czego tutaj nie ma? Bo ja odnoszę wrażenie, że w tej opowieści (mam na myśli całość) jest wszystko to, co ważne dla młodego człowieka. Przyjaźń, walka o bycie sobą, miłość i jej różne rodzaje, odwaga, poszukiwanie swojej drogi, strach, odrzucenie, samotność, śmierć, złość, frustracja i udowadnianie sobie, że możemy dać radę w każdej sytuacji mając obok kogoś, kto zawsze będzie nas wspierał, nie tylko dobrym słowem, ale także krytyką.
Można negować wartość tych książek, mówić, że to komercyjny shit, dobra praca biura promocji. Że książka jest antykatolicka, szerzy okultyzm i namawia do czczenia szatana. Serio, można tak. Myślę jednak, że to jest cena niezrozumienia, nieumiejętność szukania między wierszami, nadinterpretacja i głupota. Moim zdaniem ta historia należy do tych, przy których trzeba określić swoje zdanie. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. I muszę się przyznać, że nie znam osoby, której Harry Potter byłby po prostu obojętny. Ale oczywiście mogę się mylić.
Kamień filozoficzny czytałam w którejś klasie technikum. Cała przygoda zaczęła się od koleżanki, która tak się wciągnęła, że na przerwach nie dało sie doczekać od niej jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania bo nos miała cały czas w książce. I mnie zainteresowało, jak historia przeznaczona dla dzieci może wcignąć osobę w wieku około siedemnastu lat. No i poszło. I się czekało na premierę każdego kolejnego tomu. Tak samo miałam z Mroczną Wieżą Stephena Kinga. Kiedy zaczęłam czytać były na naszym rynku wydane cztery pierwsze tomy, przed Bożym Narodzeniem w mojej osiedlowej bibliotece pojawiły się Wilki z Calla. I byłam tak namolna dla bibliotekarki, że pozwoliła mi wypożyczyć nowiutki egzemplarz, chociaż był on już odłożony dla innego czytelnika. To była nieprzespana noc. I to jest chyba moja ulubiona część całego cyklu.
To są dwie serie książek, do których wracam najczęściej. Mogę tu dołożyć jeszcze Władcę Pierścini, Flawię de Luce, Muminki, książki Marthy Grimes i pojedyńcze tytuły: Hrabiego Monte Christo, Mistrza i Małgorzatę, opowiadania Bradbury'ego, Bastion i To, Dumę i uprzedzenie, Hyperiona i Upadek Hyperiona, Ojca chrzestnego, Piknik na skraju drogi. Tak patrzę na ten spis i dużo tego jest. Ale są to tytuły dla mnie ważne, nie tracące nic ze swojego uroku, zawsze aktualne i zawsze jest w nich coś nowego do odkrycia. Nie wspominam o książkach, które przeczytałam w minionym roku i zachwyciły mnie równie mocno i też chcę przeczytać je jeszcze raz.
Nudzę się? Nie mam co robić z czasem? Przecież już je czytałam, po co jeszcze raz?
Mówi się, że przeczytanie nowej książki jest jak poznanie nowego przyjaciela. A przeczytanie jeszcze raz tej samej książki to jak spotkanie ze starym przyjacielem, który wie, że dobrze się znamy, ale nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Bardzo mi się podoba takie stwierdzenie, bo ja tak właśnie uważam. Dla mnie to nie jest strata czasu, ale ponowna przygoda, kolejne oczarowanie, znana już droga do innego świata. Że niby wiem, że jest tu bezpiecznie, ale niespodzianki i tak na mnie czekają. I to jest piękne. I za to uwielbiam książki.
niedziela, 13 marca 2016
Sen
Rano, kiedy wstaję, naciągam na siebie stary czarny poszarpany sweter. Zaparzam mocną kawę. Wybieram muzykę. Coś, co pasuje do godziny czwartej, kiedy świat za oknem śpi. Jest jesień, deszcz i wiatr. Ogrzewanie nie działa najlepiej. Gorący kubek ogrzewa dłonie. Stone Temple Pilots. Siadam na parapecie i patrzę na światła ulicy. Na most kolejowy, drzewa i rzekę. Czas leci spokojnie. Kot wskakuje obok, spogląda przed siebie. Ciche mruczenie.
Powrót tutaj był brakiem wyjścia. Zakończeniem szarpaniny. Tęsknotą, która boli.
Drewniana podłoga przepuszcza chłód. Okna nie są szczelne. Żarówki dają zamglone światło.
Książki nie mieszczą się na półkach. Wszędzie słychać najmniejszy szelest. Brakuje mebli.
Echo rozchodzi się po całym mieszkaniu. Jaśniejsze plamy farby na ścianach przypominają o tym, że kiedyś było tu inne życie.
Wszystko, co tu było - zniknęło. Odjechało wielkimi ciężarówkami.
Pozostało marzenie o tym, by odbić się od ziemi, spalić skrzydła w słońcu i utonąć.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że wiem dokąd iść, że świat nie pozwoli mi się zgubić.
Pamiętam czas, kiedy byłam młodsza i chodziłam codziennie wzdłuż rzeki. Dni były jasne, walkman działał, brat naprawiał słuchawki - pamiętam zapach lutowanych kabli. Ogród dziadka był jednym wielkim chaosem, każda roślina sama tworzyła swoje królestwo. Huśtawka z deski, dwa grube sznury na starym drzewie. Ściany z cegieł nagrzewały się słońcem, opierałam się o nie i czytałam. Trampki, flanelowe koszule, białe koszule męskie, spodnie z dziurami. Długie rude włosy, piegi, niebieskie oczy.
Jedno życie składające się z kilku światów, niekoniecznie takich, które łączą się ze sobą i pasują.
Miliony niespełnionych marzeń. Walizki, które są zawsze za bardzo napakowane, w których niewiele się mieści i z których nie chce się wywalać rzeczy. Miłość w czasach popkultury.
Przepraszam, zgubiłam się. Wróciłam do punktu wyjścia. Do miasta, które mnie tworzyło i wypełniało. Do wspomnień, które rozdrapują rany. Do tykania starych zegarów. Do dróg, które już dawno powinny być za mną. Zgubiłam się i nikt mnie nie prowadzi. Jestem sama, bez nikogo, nikogo nie potrzebuję, nie chcę i nie pragnę. Nie szukam. Jest jeszcze noc, kawa jest mocna i gorzka.
Nic nie zmienię. Będę tutaj trwać. Chodzić od jednego miejsca do drugiego. Zarabiać niewielkie pieniądze, szukać książek. Słuchać opowieści. Słuchać głośnych, pijanych krzyków, historii które być może nigdy się nie zdarzyły. Nie mówić. Patrzeć. Tak żeby nikt nie widział.
Powrót tutaj był brakiem wyjścia. Zakończeniem szarpaniny. Tęsknotą, która boli.
Drewniana podłoga przepuszcza chłód. Okna nie są szczelne. Żarówki dają zamglone światło.
Książki nie mieszczą się na półkach. Wszędzie słychać najmniejszy szelest. Brakuje mebli.
Echo rozchodzi się po całym mieszkaniu. Jaśniejsze plamy farby na ścianach przypominają o tym, że kiedyś było tu inne życie.
Wszystko, co tu było - zniknęło. Odjechało wielkimi ciężarówkami.
Pozostało marzenie o tym, by odbić się od ziemi, spalić skrzydła w słońcu i utonąć.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że wiem dokąd iść, że świat nie pozwoli mi się zgubić.
Pamiętam czas, kiedy byłam młodsza i chodziłam codziennie wzdłuż rzeki. Dni były jasne, walkman działał, brat naprawiał słuchawki - pamiętam zapach lutowanych kabli. Ogród dziadka był jednym wielkim chaosem, każda roślina sama tworzyła swoje królestwo. Huśtawka z deski, dwa grube sznury na starym drzewie. Ściany z cegieł nagrzewały się słońcem, opierałam się o nie i czytałam. Trampki, flanelowe koszule, białe koszule męskie, spodnie z dziurami. Długie rude włosy, piegi, niebieskie oczy.
Jedno życie składające się z kilku światów, niekoniecznie takich, które łączą się ze sobą i pasują.
Miliony niespełnionych marzeń. Walizki, które są zawsze za bardzo napakowane, w których niewiele się mieści i z których nie chce się wywalać rzeczy. Miłość w czasach popkultury.
Przepraszam, zgubiłam się. Wróciłam do punktu wyjścia. Do miasta, które mnie tworzyło i wypełniało. Do wspomnień, które rozdrapują rany. Do tykania starych zegarów. Do dróg, które już dawno powinny być za mną. Zgubiłam się i nikt mnie nie prowadzi. Jestem sama, bez nikogo, nikogo nie potrzebuję, nie chcę i nie pragnę. Nie szukam. Jest jeszcze noc, kawa jest mocna i gorzka.
Nic nie zmienię. Będę tutaj trwać. Chodzić od jednego miejsca do drugiego. Zarabiać niewielkie pieniądze, szukać książek. Słuchać opowieści. Słuchać głośnych, pijanych krzyków, historii które być może nigdy się nie zdarzyły. Nie mówić. Patrzeć. Tak żeby nikt nie widział.
Biblioteka
Szczęście, jak wiadomo, ma wiele definicji. Moje szczęście to biblioteka i książki, bez tego jak bez powietrza. Dzisiaj mogłam wreszcie zapisać się do islandzkiej biblioteki, która połączona jest z centrum kultury i tworzy wspaniałą całość.
Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.
Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman - Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.
Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór. Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.
Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.
Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.
Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne!
Dlaczego dopiero teraz, po dwóch miesiącach od przylotu do Reykjaviku?
Z powodu tutejszego numeru PESEL czyli Kennitala. Bez tego nie mogę mieć ani karty bibliotecznej, ani konta w banku, ani pracy, ani ubezpieczenia. Za to z numerem jestem już legalną mieszkanką Islandii, z dostępem do wszystkiego.
Więc nieśmiało weszłam do środka. Parter biblioteki jest duży, połaczony z galerią obrazów. Bardzo ładnie wyeksponowane są nowości. Ciekawostka: wystawione zostały książki Umberto Eco w różnych językach, w tym w języku polskim. Po załatwieniu formalności z bardzo sympatyczną panią wpadłam na pierwsze piętro, gdzie jest dział książek w języku angielskim. I co zobaczyłam jako pierwsze? KOMIKSY! I mój dzień stał się jeszcze piękniejszy. Czego tam nie mają?! Sandman - Lucyfer - Constantine - Lock&Key - Daredevil - Elektra - Habibi. To tylko niektóre tytuły, które zauważyłam w pierwszym ataku euforii i szaleństwa. To niebo, nic więcej nie chcę. Najtrudniejszy był wybór, ponieważ pozycji na koncie mogę mieć bardzo dużo, a nie chcę przeginać bo nie ogarnę. Więc wybrałam dwa: The Spirit, część pierwszą Willa Eisnera i Constantin: Bloodlines Gartha Ennisa.
Szukam dalej, minęła z godzina i już szaleństwo zupełne. Bo i Kinga chciałam wziąć i Koontza i Joe Hilla i dużo dużo innych książek. Trudny wybór. Zdecydowałam się w końcu na Salems lot. Miasteczko Salem jest moją pierwsza świadomie przeczytaną książką, która sprawiła, że literatura nie okazała się czymś strasznym, wręcz przeciwnie. Ten tytuł odkopałam na strychu, w jakimś pudle ze starymi książkami (jak się później okazało, były tam same horrory). Miałam z dwanaście - trzynaście lat. I mój świat naprawdę się zmienił. Tą starą, rozpadającą się książkę mam do dziś. Nie ma w niej ani jednej sklejonej kartki, ale i tak ją uwielbiam.
Przyznać się muszę do jednego - mój angielski jest bardzo słaby. Cały czas staram sie uczyć, ale jak nie ma z kim porozmawiać to ciężko jest myśleć i mówić płynnie w tym języku. Więc stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie wziąć coś, co znam dobrze. I wybrałam także pierwsze trzy części Harry'ego Pottera. W tłumaczeniu polskim czytałam kilka razy: pracę dyplomową w studium pisałam w oparciu o książki J.K. Rowling, później pracując w bibliotece tworzyłam quiz z wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Najważniejsze jednak jest to, że ta historia jest po prostu świetna.
Sześć pozycji. Na tyle ustaliłam swój limit. Nie za dużo, nie za mało. To tak, jakby sobie dawkować swój ulubiony narkotyk, jeśli ma się silną wolę. Wierzę, że mam, ale praktyka może pokazać coś innego. Na ogromny plus: znalazłam regał z książkami w języku polskim. Książki wypożyczam sama, dla czytelników jest specjalnie przygotowane stanowisko. Mogę wypożyczać także audiobooki, albumy z muzyką i filmy. Ponoć jest dostęp do e-booków, ale to może sprawdzę w przyszłości. Na maila dostaję wygenerowaną elektronicznie wiadomość o tym, co pożyczyłam i kiedy mija termin zwrotu. I najlepsze: książki mogę oddać w którejkolwiek filii, nie ma z tym najmniejszego problemu. Miejsce jest bardzo, bardzo fajne. W samym centrum miasta, otwarte siedem dni w tygodniu. Dużo przestrzeni, jasno i ciepło. Część biblioteczna dla dzieci bardzo fajnie zorganizowana, widać, że ta grupa czytelnicza jest bardzo ważna. Można wypożyczać po 14 tytułów na jedno konto. Dużo ludzi, przyjemna atmosfera, chyba mogłabym powiedzieć, że jest trochę domowo. Na pewno nikt nie znajdzie tam ciszy.
Minusów po tym pierwszym dniu na razie brak. Możliwe, że coś wyjdzie przy kolejnych wizytach, ale mam nadzieję, że nie będzie to coś rażącego. Ja jestem zachwycona! I jak dobrze wreszcie znaleźć się w tym miejscu, gdzie książki są naprawdę ważną częścią życia różnych ludzi. Piękne!
sobota, 5 marca 2016
William Shakespeare
Nie poddawaj się rozpaczy. Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń, jest tylko inne.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


